Dzisiaj jest: 21 Czerwiec 2018    |    Imieniny obchodzą: Alicja, Marta, Alojz

Witaj szkoło, czyli finansowy kataklizm

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 

Nr 51 str 7 Strefa obyczajów witaj szkołoWitaj szkoło, czyli finansowy kataklizm


Każdy kto ma dzieci w wieku szkolnym wie doskonale, że z początkiem września rodzina musi stawić czoła finansowemu kataklizmowi związanemu z rozpoczęciem roku szkolnego. Właśnie minęły dwa tygodnie nauki, wyprawki prawie skompletowane, pora więc na podsumowanie czasu burzy i naporu, jaki przetoczył się przez domowy budżet...

Wszystko zaczęło się już pod koniec sierpnia. Lekko znudzone wakacjami dzieciaki zaczęły zadawać pytania: „Mamo, kiedy kupimy książki? Jakie potrzebuję zeszyty? Ja mam popsuty piórnik! Musimy mi kupić nowy plecak, bo stary się popruł! Nie mam cyrkla!” Nie było odwrotu – trzeba było wybrać się na zakupy. Zabrałam trójkę dzieci do dużego supermarketu w nadziei, że wszystko załatwimy w jednym miejscu. Każde z listą w dłoni, dużą torbą i własnym wózkiem, ruszyło, jak huragan w poszukiwaniu indywidualnych i niezbędnych szkolnych przyborów. A ja spokojnie postanowiłam kupić kilka domowych produktów. Po kilkudziesięciu minutach nasze drogi zeszły się wreszcie przy kasie. Popatrzyłam na zawartość wózków i stwierdziłam optymistycznie, że nie jest tak źle. Jak bardzo się myliłam. Uśmiech z twarzy znikał mi proporcjonalnie do ilości nabijanych na kasie produktów. Na koniec, złowieszczy głos kasjerki oznajmił, że wszystko kosztuje 968 zł i 45 gr. i był niczym grom z jasnego nieba. Wyrok przyjęłam ze stoickim spokojem, ba, nawet próbowałam się znów uśmiechnąć, lecz był to raczej sztuczny grymas z wytrzeszczem oczu i zbyt szeroko uchylonymi ustami. Idiotycznie powtarzając „już, już, już”, skrzętnie, lecz nerwowo przewracałam do góry nogami zawartość torebki w poszukiwaniu zakamuflowanych na czarną godzinę pieniędzy. Wreszcie dwa banknoty dwustuzłotowe złożone w małą kosteczkę i wciśnięte gdzieś w zapomnianą przegródkę ujrzały światło dzienne, ratując moją reputacje i godność osobistą. Droga do domu minęła szybko,w głuchej ciszy i zadumie.

Kolejna fala uderzeniowa nadeszła po trzech dniach. Postanowiłam kupić podręczniki. W ramach oszczędności i uniknięcia bieganiny między trzema mińskimi księgarniami w poszukiwaniu książek z etykietą „nowa podstawa programowa”, wybrałam zakupy na „Allegro”. Dwa wieczory gapienia się w monitor przyniosło wreszcie rezultat – znalazłam wszystkie książki i ćwiczenia, a plony mojej ciężkiej pracy zaczęłam zbierać już następnego dnia. Pierwszy kurier był miły i sympatyczny, podobnie jak kwota za przesyłkę, która nie przekroczyła 100 zł. Drugi zainkasował już 200 zł. Trzeci też się uśmiechał, ale nie mógł liczyć na podobny odzew z mojej strony – przecież przywiózł niezbyt duży kartonik, za który musiałam zapłacić 1025 zł. Mimo że lżejsza o ponad 1300 zł, to jednak odetchnęłam z ulgą. Pomyślałam, że najgorsze już za mną, bo udało mi się skompletować szkolną wyprawkę. Niestety, mój entuzjazm minął następnego dnia – okazało się, że jeszcze trzeba zaopatrzyć trójkę pociech w nowe ubrania, buty, kapcie, gdyż przez wakacje dzieciaki podrosły, a kilka centymetrów różnicy we wzroście i choćby jeden malutki w wielkości stopy poczyniły ogromne spustoszenia w „młodzieżowej” garderobie.

Pocieszałam się, że kilka par skarpet, majtek, spodenek i koszulek nie powinno być zbyt wielkim wstrząsem finansowym w porównaniu z wcześniejszym, intensywnym gradobiciem wydatków. I w sumie tak było. Cieszyłam się, że okres burzy i naporu związany ze szkolnymi wydatkami minął. Lecz dobrą passę przerwały zebrania rodziców. Trzeba było zapłacić składki klasowe, za komitet rodzicielski, ubezpieczenie i jeszcze jakieś drobiazgi – w sumie ponad kolejne 200 zł. Zapłaciłam i wmawiałam sobie, że każda burza musi się wreszcie kiedyś skończyć, że już starczy.

A wieczorem, zrobiłam sobie herbatę, wzięłam kartkę, długopis i kalkulator, zebrałam wszystkie paragony, świstki i zaczęłam podliczać szkody i zniszczenia w budżetowej nawałnicy.
- komplet podręczników szkolnych z okładkami ok. 450 zł
- przybory szkolne (zeszyty, bloki, kredki, itp) ok. 150 zł.
- plecak, worek ok. 50 zł.
- bielizna i stroje gimnastyczne ok. 100zł.
- buty i kapcie ok. 80-100zł.
- składki szkolne ok. 80zł.
- niezbędne elementy garderoby (spodnie, bluza, koszulki) ok. 100zł.

Wyszło, że wydałam ponad 1000 zł na jedno dziecko, a że mam ich troje, to w sumie za tegoroczną podstawową szkolną wyprawkę zapłaciłam ponad 3000 zł. A i tak to pewnie nie koniec. Teraz przynajmniej wiem, dlaczego październik jest miesiącem oszczędności. Jeszcze długo będę musiała łatać nie dziurę, lecz ogromną wyrwę finansową w domowym budżecie. Upiłam łyk herbaty i przypomniałam sobie żartobliwe słowa mojego taty – „ Dzieci to ogromna inwestycja w przyszłość i skarbonka bez dna, a zanim skończą naukę, kosztują tyle, co porządny samochód”. Po czym dodał z uśmiechem – „w twoim przypadku, to zaparkowane w garażu, trzy lśniące mercedesy”.

Izabella Walewska-Ogrodnik

You have no rights to post comments