Dzisiaj jest: 26 Kwiecień 2018    |    Imieniny obchodzą: Maria, Marcelina, Marzena

Naukowiec i biznesmen

Ocena użytkowników:  / 2
SłabyŚwietny 

Nr 95 str 10 Strefa osobowości Ekwos główne Od młodych lat zafascynowany był rzekami, które, jak mówi – są arteriami życia na naszej planecie. Pracując naukowo w Europie i w Stanach Zjednoczonych opracował systemy, dzięki którym można powstrzymać rabunkową gospodarkę wodną. Dwa lata temu wrócił z rodziną do Polski i w ośrodku „Ekwos – Bocianowe Podlesie” w Grębiszewie planuje stworzyć lokalne centrum turystyczne i edukacji ekologicznej. Doktor habilitowany inżynier Piotr Parasiewicz opowiada w „Strefie” o swoich pasjach, marzeniach i rodzinnym biznesie, który można prowadzić szanując prawa natury...

 

Jest pan biznesmenem, naukowcem, czy ekologiem?

 

Piotr Parasiewicz (P. P.) – Powiem tak – z wykształcenia jestem naukowcem, z serca i przekonania ekologiem, ale żeby się utrzymać, zostałem też biznesmenem. W różnych fazach mojego życia, któraś z tych działalności była szczególnie ważna, ale generalnie musiałem powiązać je ze sobą.

 

Ale wszystko zaczęło się od nauki.

 

P. P. – Na początku lat 80. XX wieku zacząłem studiować zootechnikę w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Ale że nie przepadałem za systemem, jaki wtedy panował w Polsce, wyjechałem do rodziców, którzy pracowali w Libii. I już tam zostałem. Chciałem jednak kontynuować naukę. Wysłałem swoje dokumenty do różnych uczelni. Universität für Bodenkultur w Wiedniu przyjął mnie z otwartymi rękami. Z początku myślałem, aby kontynuować naukę zootechniki, ale gdy przyjrzałem się, co oferuje wydział inżynierii środowiskowej i wodnej to stwierdziłem, że właśnie to chcę zgłębiać. To były wyjątkowe studia, bo oferowały szeroką gamę możliwości – można było po nich budować, np. oczyszczalnie ścieków, drogi, mosty, albo zajmować się inżynierią wodną. Jeszcze mieszkając w Polsce, byłem zafascynowany rzekami i rybami. Kiedy mieliśmy gospodarstwo w Grębiszewie, to dzierżawiliśmy stawy w Rudzienku, którymi praktycznie sam się zajmowałem. Studia w Wiedniu idealnie więc wpasowały się w tę moją pasję.

Nr 95 str 10 Strefa osobowości Ekwos 2

Został pan w Wiedniu na dłużej...

 

P. P. – Pracę dyplomową napisałem na wydziale hydrobiologii, rybactwa i akwakultury. To był wyjątkowo fajny wydział. Tworzyła go grupa prowadzona przez prof. Jungwirtha, która zajmowała się, m.in. renaturalizacją rzek. Byli w niej biolodzy, ekolodzy i ludzie od inżynierii wodnej. Dzięki temu znalazłem swoją niszę przy morfologii rzek i wspomagałem prace przy pierwszym projekcie rewitalizacyjnym w Austrii – wprowadziłem nowe rozwiązanie i stworzyłem komputerowy system pomiarowy, który zastąpił dawne metody. Zostałem na uczelni do 1999 roku, jako asystent. Pracując na Uniwersytecie Bodenkultur miałem też przyjemność pracować przy tworzeniu Europejskiej Ramowej Dyrektywy Wodnej, którą obecnie wdraża się w Polsce. Jestem z tego dumy, bo to najbardziej nowoczesny dokument na świecie, tworzący podstawy do mądrej gospodarki wodnej. Ale nie jest on w naszym kraju zbyt dobrze wprowadzany.

 

Co jest nie tak?

 

P. P. – Przede wszystkim brakuje nam kompetencji, aby wdrożyć dyrektywę. Są dane, które mówią, że w ciągu ostatnich dwóch lat ok. 10 tys. km rzek zostało uregulowanych w ramach prac utrzymaniowych. A te są wyjęte spod operatów wodno-prawnych, czyli mówiąc krótko – zarządzający danym akwenem może pojechać i, np. regulować rzeki, pogłębiać je, prostować bez oceny wpływu na środowisko. I często robi się to za unijne pieniądze, wbrew zaleceniom dyrektywy. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że mamy w Polsce ok. 80 tys. km rzek, to te 10 tys. potraktowane w tak beztroski sposób, budzi już duży niepokój.

 

To trochę tak, jakby zawracać kijem Wisłę?

 

P. P. – Dokładnie tak. Już w latach 90. XX wieku apelowałem w swoich artykułach, żebyśmy w Polsce nie popełniali tych samych błędów, które przed nami były udziałem krajów Zachodu, ale dokładnie to robimy. Pracuje się cały czas na bazie technologii, która została rozwinięta w latach 20. XIX wieku, ignoruje się aktualną wiedzę, nie wprowadza się nowych i sprawdzonych światowych rozwiązań. Powstają z tego ogromne straty. Ponadto, wiedza polskiego społeczeństwa na temat stanu ekologicznego rzek jest bardzo ograniczona. Dla większości ludzi, jeśli rzeki nie śmierdzą, to wszystko jest w porządku. Tak się utarło. Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że rzeki są arteriami życia na naszej planecie, że są skomplikowanymi i bardzo dynamicznymi systemami, na które ręka ludzka miała wpływ od tysięcy lat i nie mamy bladego pojęcia, jakie są konsekwencje naszych działań.

 

Z czego nie zdajemy sobie sprawy?

Nr 95 str 10 Strefa osobowości Ekwos rodzina

P. P. – Istnieje wiele powiązań pomiędzy tym, co dzieje się w rzekach, a naszym życiem, którego woda jest podstawą. Jeśli w te bardzo wrażliwe systemy wodne wjeżdżamy koparami, rozgrzebujemy je, prostujemy, to wcale ich nie ulepszamy, tylko dewastujemy. Praktycznie zmieniamy całą strukturę gatunkową tego systemu. A na koniec okazuje się, że to, co zniszczyliśmy, wymaga ogromnych pieniędzy, aby ten stan utrzymać. Wprowadzając zmiany w systemach wodnych, często robimy to bez długoterminowych i kompleksowych planów. Nasze cele są bardzo wąskie i krótkotrwałe. Dlatego tak ważne jest, abyśmy przestali prowadzić rabunkową gospodarkę. Musimy być ogrodnikami naszej planety, a nie ją dewastować. I dlatego właśnie powstała Europejska Ramowa Dyrektywa Wodna, która tworzy wyjątkową okazję dla inżynierów, aby naprawić błędy, które zostały popełnione przez ostanie setki lat. Co ważne, rozsądna gospodarka wodna tworzy dużo lokalnych miejsc pracy i przynosi coś dobrego całemu społeczeństwu.

 

To trzeba tę nowoczesną wiedzę propagować.

 

P. P. – Staram się to robić. Współpracuję, np. z naukowcami z Uniwersytetu Warszawskiego i ze SGGW, gdzie przygotowujemy różne informacje na ten temat. Założyłem też fundację River Norm, której celem jest podnoszenie wiedzy meliorantów i ludzi pracujących w tej dziedzinie, jak czasem sobie żartuję, żeby przynajmniej mieli wyrzuty sumienia. Ale nie jest to szybka sprawa. To na pewno potrwa. Moja organizacja złożyła kilka wniosków o dofinansowanie do Ministerstwa Ochrony Środowiska i mamy nadzieję, że dzięki tym funduszom będziemy mogli zacząć wdrażać w Polsce taki intensywny program edukacyjny i szkoleniowy.

 

Taką wiedzę przekazywał pan właśnie w Stanach Zjednoczonych.

 

P. P. – Kiedy jeszcze pracowałem w Wiedniu, otrzymałem stypendium od amerykańskiej organizacji The Nature Conservancy i pojechałem na Uniwersytet Cornell, gdzie miałem okazję współpracować z fantastycznym naukowcem Markiem Baine'em. Będąc tam, stworzyłem nowy komputerowy system modelowania siedlisk w rzece. I to się stało potem podstawą mojej kariery w USA. W 2004 r. przeniosłem się na Uniwersytet w Massachusetts. I tam również działo się wiele ciekawych rzeczy. Trzy lata później założyłem swoją własną organizację Rushing Rivers Institute, której celem było przede wszystkim spopularyzowanie nauki, gdyż pracując naukowo przez wiele lat zdałem sobie sprawę, że istnieje olbrzymia przepaść pomiędzy stanem wiedzy i technologią, jaka jest tworzona na uczelniach, a jej praktycznym zastosowaniem. Instytut ma za zadanie przekazać tę wiedzę inżynierom i społeczeństwu, aby doprowadzić do pozytywnych zmian. I tak się stało. Chciałbym też podkreślić, że metody gospodarki wodnej, o których mówię i staram się promować nie prowadzą do tego, aby zabronić użytkowania rzek, tylko do tego, aby stosować bardziej efektywne działania, które nie prowadzą do dewastacji środowiska.

 

Wróćmy teraz na nasze lokalne podwórko. Jak w powiecie mińskim ocenia pan gospodarkę wodną?

 

P. P. – Za krótko jestem na miejscu, aby móc mówić na ten temat. Ale wydaje mi się, że nie tak bardzo różnimy się od reszty kraju. Mam wrażenie, że Mienia została pogłębiona. Wiem też, że na Świdrze były przeprowadzone prace utrzymaniowe w jego uregulowanej części. Pocieszające jest to, że taka rzeka jak Świder wydaje się być jedną z lepiej zachowanych rzek na Mazowszu. Tym bardziej uważam, że warto byłoby się nią mądrze zająć. Warto promować ją, jako miejsce rekreacji i nauki dla młodych ludzi i jako „poligon doświadczalny” dla naukowców. Owszem, jest parę miejsc, gdzie należałoby coś poprawić, np. zamiast pogłębiać starą poniemiecką regulację, należałoby ją zrenaturyzować. Widziałem też jazy, które są niepotrzebne, używane głównie przez kłusowników i można by je usunąć. Świder daje wiele możliwości, ale nie rozmawiałem jeszcze na ten temat z lokalnymi wydziałami melioracji. Warto by rozpocząć taką współpracę, np. organizując szkolenia dla pracowników, jak należy zajmować się rzekami.

 

Ośrodek wypoczynkowy w Grębiszewie, którym pan obecnie kieruje wymaga jednak biznesowego, a nie naukowego podejścia...

 

P. P. – Proszę pamiętać, że pracując naukowo w USA i prowadząc własną organizację Rushing Rivers Institute oraz dwie inne firmy, które założyłem, musiałem zdobywać środki na swoją działalność. Żeby to robić, przeszedłem solidne biznesowe szkolenie. Poza tym, wróciliśmy do Polski całą rodziną z przekonaniem, że dzięki „Bocianowemu Podlesiu” będziemy mogli spełnić marzenia i pogodzić w jednym nasze pasje, wykształcenie i doświadczenia.

 

Każdy jest ważny i wkłada do całości swoją cegiełkę?

 

P. P. – Zdecydowanie tak. Syn Krystian studiuje zarządzanie i na pewno w przyszłości przejmie po mnie sprawy związane z kierowaniem ośrodkiem. Moja córka Sylvia, która będzie studiowała medycynę, chce w przyszłości propagować w „Bocianowym Podlesiu” aktywności związane ze zdrowiem. Dużym wsparciem jest także dla mnie żona Maria, bo ma wyjątkowy talent do zarządzania firmą i jest artystką, więc dba o wizualny wygląd tego miejsca, które ma ogromny potencjał i można je kształtować tak, jak to sobie wymarzymy.

 

Czyli szykują się jakieś zmiany?

 

P. P. – Ośrodek funkcjonuje już od kilku lat, gdyż stworzył go tata, kiedy jeszcze byłem z rodziną w Stanach Zjednoczonych. To przede wszystkim jego zasługa, że funkcjonuje „Bocianowe Podlesie”. Działają noclegi hotelowe i „spanie-na-sianie”, organizujemy wesela i konferencje, dostępne są boiska do siatkówki, koszykówki, barek pod lasem. Ale chcemy się rozwijać. Na jesieni otworzymy nową restaurację, która będzie się nazywała „Ranczo”. Planujemy też rozwijać naszą mini farmę, na której stoją już dwa stuletnie domy. Chcemy, aby można tu było przyjechać i zobaczyć różne zwierzęta, czy upiec chleb, tak jak to się robiło dawniej. Mamy też stadninę. Jesienią będą wytyczone trasy rowerowe, a zimą szlaki biegowe dla narciarzy. Na końcu działki jest staw, który właśnie rozbudowujemy i chcemy stworzyć tam centrum edukacji ekologicznej, w którym będzie można nauczyć się rozpoznawania roślin, ptaków, czy owadów. Chciałbym, aby „Bocianowe Podlesie” było takim lokalnym centrum turystycznym, zarówno dla gości z okolic, jak i z całej Polski. Mamy naprawdę wiele do zaoferowania.

 

Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. archiwum Piotra Parasiewicza, DM

 

Podpis fot.

 

Piotr Parasiewicz z synem Krystianem, córką Sylvią i żoną Marią na Lisim Lodowcu (Fox Glacier) w Nowej Zelandii.

You have no rights to post comments