Dzisiaj jest: 24 Czerwiec 2017    |    Imieniny obchodzą: Danuta, Emilia, Jan

Trochę jak Michał Anioł...

Ocena użytkowników:  / 2

Nr 133 str 8 Strefa pasji rzeźbiarz 2Radek Rolf, lat 27. Mińszczanin. Absolwent „Plastyka” i Wydziału Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Projektant i rzeźbiarz. Wygrał konkurs na projekt Statuetki Nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” w 2012. Co jeszcze robi? Przeczytajcie...

 

Skąd twoje zainteresowanie sztuką?

Radek Rolf (R. R.) – Dawno, dawno temu... (śmiech). Już na początku podstawówki wygrałem konkurs plastyczny i od tamtej pory wszystko się zaczęło. Tematem był jakiś plac zabaw naszych marzeń. Dostałem pierwsze miejsce. Ale nawet nie pamiętam, jak ta praca wyglądała, bo jej nie zachowałem. Poza tym, mój tata ma zdolności manualne i plastyczne – bardzo dobrze rysuje. Był nauczycielem techniki, chemii, PO. Miał zakład stolarski, pracował w ślusarni, przy różnych remontach. Ogólnie „złota rączka”. Tata, jeszcze jak był w wojsku, narysował takie fajne dwa portrety: siebie i mamę. Rysował ze zdjęć z dowodu osobistego. Ale nigdy się nie szkolił w tej dziedzinie. Może w moim przypadku to zainteresowanie sztuką podarowano mi w genach?

 

Kierując się zainteresowaniami dokonałeś wyboru szkoły?

R. R. – Jeszcze będąc w gimnazjum, chciałem dostać się do liceum na ul. Piękną – to chyba było marzenie każdego, kto chciał uczyć się w dobrej szkole. Przyjęli mnie na „Piękną” i jednocześnie do „Ekonoma”, do „Plastyka”. W końcu wybrałem „Plastyka”. I nie żałuję, bo poznałem mnóstwo fajnych osób. W szkole było wszystko: rzeźba, malarstwo, reklama wizualna. I właściwie tam ukierunkowano mnie na jakąś konkretną drogę. Potem marzyłem, aby dostać się na Akademię Sztuk Pięknych. Zdawałem na grafikę, ale nie dostałem się za pierwszym razem.

 

Dużo chętnych?

R. R. – Bardzo dużo. Miałem chyba ponad dwusetną teczkę, ale kolejka była jeszcze za mną. A przyjmują 20-30 osób rocznie. Ale nie odpuściłem. Poświęciłem kolejne miesiące na to, żeby pracować nad swoim warsztatem. Codziennie ćwiczyłem, wychodziłem w plener, robiłem kilkanaście rysunków każdego dnia. Moim celem było dostanie się na ASP i studiowanie tam, aby poznać strukturę, jak zostać artystą. Za drugim razem startowałem i dostałem się na architekturę wnętrz, co teraz uznaję za dobry wybór. Lepszy niż grafika, bo poza standardowymi zajęciami z projektowania, były również z grafiki, malarstwa i rzeźby. Oprócz tego można było uczęszczać na zajęcia na innych wydziałach. Chodziłem na batik.

 

Co to takiego?

R. R. – Malarstwo na tkaninie, ale trochę inne niż tradycyjne. Najpierw nakłada się wosk na materiał, a potem barwi się go w różnych barwnikach. Te miejsca, gdzie jest wosk, nie pokrywają się kolorem i zostaje tylko namalowany obraz. Potem wosk się wyprasowuje. I tak kilka razy, aż wyjdzie zamierzone dzieło. Trzeba pamiętać o kolejności nakładania kolorów, bo potem się mieszają i może nam wyjść coś, czego się nie spodziewaliśmy.

 

W twoim życiu ważna jest także fotografia?

R. R. – Na wydziale architektury wnętrz ASP jest pracownia fotograficzna. Tam nauczyłem się cyjanotypii. To taka bardzo prosta technika fotografii. Tą metodą stworzyłem pierwszy album fotograficzny przedstawiający zielnik. Obrazy są monochromatyczne, w odcieniu błękitu pruskiego.

Ale tak naprawdę, zainteresowanie fotografią zaszczepił we mnie mój dziadek. Właściwie już w liceum robiłem zdjęcia.

 

Teraz głównie rzeźbisz?

R. R. – W liceum lubiłem malować, co jest zasługą profesora wykładającego w „Plastyku” malarstwo. Obecnie skupiłem się na rzeźbie, głównie w glinie, aczkolwiek myślę, że we wszystkim można coś wyrzeźbić. Chociaż dla mnie najtrudniejszym materiałem jest kamień. Potrzeba dużo pracy, dużo siły i bardzo dobrych narzędzi, aby móc rzeźbić, np. w granicie.

 

Jaki materiał stosujesz wykonując własne prace?

R. R. – Robię różne konglomeraty, typu kruszony kamień mieszany z żywicą. Wówczas rzeźba wygląda jak kamień. Lubię też beton, bo jest surowy.

 

Tak specyficzne zajęcie wymaga odpowiedniej pracowni?

R. R. – W domu mam oddzielne pomieszczenie, a u wujka wykonuję większe zlecenia.

 

Jakie?

R. R. – Głównie reklamowe. Dla firmy Nike robiłem, np. dwumetrowe buty piłkarskie: jeden stanął na wystawie w Złotych Tarasach, drugi pojechał do Wrocławia. Były jeszcze płaskorzeźby butów i kilka mniejszych, bardziej abstrakcyjnych form związanych z promocją Nike. Rzeźbiłem też ciało Jezusa dla Kościoła Św. Anny w Warszawie. To chyba jedno z pierwszych zleceń. Robiliśmy wtedy scenografię do Grobu Pańskiego w tym kościele i okazało się, że obecna rzeźba nie pasuje do ogólnej koncepcji. Zrobiłem odlew z białej żywicy i do tego podłoże z odciskiem ciała Jezusa.

 

Wykonanie rzeźby składa się z kilku etapów?

R. R. – Zaczyna się od myślenia, szukania inspiracji przy kartce papieru i rysowania projektu. Następnie robię stalową lub drewniana konstrukcję pod glinę (zależy od skomplikowania formy). Gotową rzeźbę z gliny zalewa się gipsem i po wybraniu gliny otrzymujemy formę, do której możemy wlać beton, gips, żywicę lub metal, w zależności od zamierzonego efektu.

 

Kto jest twoim idolem, wzorcem? 

R. R. – To się zmienia. Często jest tak, że odkrywam na nowo jakąś postać, którą wcześniej zupełnie nie byłem zainteresowany i twórczość tego artysty mnie inspiruje w danym momencie. Lubię rzeźby Rodina, szczególnie „Tancerkę”, gdzie postać to odlew z brązu, a sukienka jest uszyta z tkaniny, jak prawdziwa. Michał Anioł miał mistrzowski warsztat i ogromną wiedzę, np. w jego rzeźbie Davida brakuje tylko trzech mięśni. Biorąc pod uwagę ówczesną wiedzę o anatomii, to robi to wrażenie. Uwielbiam malarstwo Klimta i ogólnie całą epokę secesji oraz wspaniałe plakaty Alfonsa Muchy.

 

Jak trafiają do ciebie „klienci”?

R. R. – Drogą pantoflową, na szczęście z coraz wyższych szczebli.

 

Najtrudniejsze zlecenie?

R. R. – Trudne do wykonania są portrety, może dlatego, że rzeźbiąc portret człowieka należy przez twarz wyrazić wszystkie emocje. To jest wyzwanie i może osoba nie być podobna.

 

Da się z tego wyżyć?

R. R. – Za jedną rzeźbę można otrzymać naprawdę duże pieniądze, ale takich zleceń nie ma kilka w miesiącu. Może się tak zdarzyć, że przez pół roku nie ma nic. Ale jeśli ktoś potrafi dzielić zarobione fundusze na kolejne miesiące, to da się wyżyć, choć część pieniędzy wydaje się na zakup narzędzi, które się zużywają, na programy komputerowe. Staram się wiązać koniec z końcem. Nadal też mieszkam z rodzicami, co jest dużym udogodnieniem.

 

Nr 133 str 8 Strefa pasji rzeźbiarz statuetkaJesteś autorem Statuetki Nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” w 2012. Jak oceniasz przygotowanie i stopień trudności realizacji tej pracy?

R. R. – W tym przypadku głównym materiałem miało być szkło. Nie było mnie stać na realizację odlewu w hucie, wiec pomyślałem o szybie – jest tańsza niż odlew, można ją wyciąć. Moja statuetka była wycinana wodą pod ciśnieniem, a uzyskane elementy odpowiednio sklejone razem, dały gotową rzeźbę. Jedna statuetka to 19 elementów szklanych i podstawa z blachy miedzianej z wygrawerowanym napisem. Całość przedstawia profil twarzy Jana Rodowicza „Anody” oraz orła. Szkło to trudny materiał, jest kruche i bardzo łatwo je uszkodzić. Przy pierwszej edycji, do której wykonywałem statuetki, jedną zbiłem na dwa dni przed oddaniem zlecenia. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy miałem panikę w oczach. Biorąc udział w tym konkursie nie wiedziałem, ilu dokładnie jest chętnych, ale pomyślałem, że warto spróbować. Nie spodziewałem się, że wygram. Było to dla mnie zaskoczeniem.

 

Obecnie, na co dzień, zajmujesz się projektowaniem mebli.

R. R. – Głównie mebli reklamowych używanych w promocji różnych firm. Projektuję też scenografię reklamową i trochę rzeźbię. Jednak najbardziej fascynują mnie meble wypoczynkowe i w wolnych chwilach robię ich projekty, tak dla siebie i na konkursy dla młodych projektantów.

 

Twoje marzenia to...

R. R. – Chciałbym założyć biuro projektowe, takie z prawdziwego zdarzenia, bo z wykształcenia jestem jednak architektem wnętrz. A także pracownię rzeźbiarską.

Rozmawiała Anna Kowalczyk, fot. z archiwum Radka Rolfa

Kto zostanie bibliotekarzem roku?

Ocena użytkowników:  / 2

Nr 133 str 4 Strefa informacji bibliotekarz rokuMoże Danuta Grzegorczyk, która jest dyrektorem Gminnej Biblioteki Publicznej w Cegłowie a także autorką książek i filmów o tematyce regionalnej? Głosowanie trwa do 14 maja. Wystarczy wejść na stronę Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich – www.sbp.pl i oddać swój głos...

Danuta Grzegorczyk jest animatorką życia kulturalnego, a z zamiłowania regionalistką. Stworzyła innowacyjną, pierwszą w Polsce, komputerową bazę katalogową „Regionalia”, w której znalazły się unikalne zdjęcia i teksty dotyczące Cegłowa i okolic. Co roku koordynuje jedną z największych imprez kulturalnych w powiecie – Mazowiecką Sójkę, na którą ściąga największe gwiazdy muzyki rozrywkowej. Nagrodzona przez „Rzeczpospolitą” tytułem „Polak 87”. Obecnie GBP przygotowuje „Encyklopedię Gminy” i album „Cegłów dawniej i dziś”. Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich uznało ją za najlepszego bibliotekarza na Mazowszu. Teraz ma szansę zostać Ogólnopolskim Bibliotekarzem Roku 2013. Trzeba tylko oddać na nią swój głos.

Oprac. na podst. mat. GBP w Cegłowie

Wszystko jest poezją

Ocena użytkowników:  / 2

Nr 127 str 14 Strefa osobowości Mariola Kruszewska główneMińszczanka od urodzenia, związana z naszym miastem zawodowo, rodzinnie i emocjonalnie. Z wykształcenia polonistka i historyk. Poetka. Z Mariolą Kruszewską rozmawiamy o istocie poezji, jej tworzeniu, a także o tym, czy jest na nią miejsce w naszej rzeczywistości.

 

Tylko niektórzy lubią poezję” pisała Wisława Szymborska. We współczesnych, zabieganych czasach ludzie chcą jeszcze czytać wiersze?

 

Mariola Kruszewska (M. K.) – Jedna z moich ulubionych postaci fikcyjnych John Keating ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów" twierdzi: Nie czytamy poezji dlatego, że jest ładna. Czytamy ją, bo należymy do gatunku ludzkiego, a człowiek ma uczucia. Medycyna, prawo, finanse czy technika to wspaniałe dziedziny, ale żyjemy dla poezji, piękna, miłości. To mi pozwala wierzyć, że poezja zawsze będzie miała swoich odbiorców, choć nie tak wielu, jak choćby literatura fantasy. Poezja to sztuka elitarna, ale nie snobistyczna. Wśród tworzących literaturę poeci są w mniejszości, podobnie jak ich czytelnicy. Ale poetom nie zależy na masowości, szerokiej popularności, promocji za wszelką cenę. Niszowość jest wpisana w naturę poezji. Zgadzam się z Panią Wisławą – ten rodzaj sztuki przeznaczony jest dla niektórych i nie należy z tego powodu rozpaczać.

 

Każdy (w poezji) docenia uczucie – prawdziwe uczucie i nie ma znaczenia, czy jest prosto, czy nawet prymitywnie wyrażone” – pisała Charlotte Brontë. Zgadza się pani z tym stwierdzeniem?

 

M. K. – Odbiór poezji to sprawa osobista. Każdy szuka w niej czegoś dla siebie, właściwego swojej wrażliwości czytelniczej. Jeśli odkrywa, że wiersz jest komentarzem jego uczuć, filozofii, sposobu postrzegania świata, to znaczy że znalazł „swoją” poezję. Pozwolę się nie zgodzić z częścią wypowiedzi Charlotty Brontë – jakość wyrażenia owych prawdziwych uczuć ma kolosalne znaczenie. Prymitywne wyrażenie nikogo nie zatrzyma, nie rozsmakuje i zwyczajnie znudzi. Cytat za cytat – Stéphane Mallarmé: To nie z myśli, nie z uczuć, robi się wiersze. Robi się je ze słów.

 

Czym dla pani jest poezja? Wspomniana już Charlotte Brontë uważała, że „poezja to boski dar ofiarowany człowiekowi”.

 

M. K. Edward Stachura napisał: Wszystko jest poezja. Nagły zachwyt, nieznana stacja, krajobraz, człowiek – to wszystko jest poezją; zadaniem poety jest zamienić te cząstki świata na wiersz, zamienić i nie zepsuć. Poezja, ta w ujęciu Stachury, ma „się napisać” w czytelniku.

Nie wiem, czy to boski dar – niczego nie kreuję, raczej przetwarzam, ze świata, z siebie. Sadzę, że tego typu myślenie jak Charlotty Brontë ociera się o próżność, o megalomanię.

 

Pamięta pani swój pierwszy napisany przez siebie wiersz?

 

M. K. – Zaczęłam od pisania opowiadań. Tworzyłam pierwsze jeszcze w szkole podstawowej, ostatnio coraz częściej skłaniam się ku tej formie literatury, ale poezji nie porzucam. Pierwszy wiersz w klasycznym rozumieniu jego definicji, którego nie wstydziłam się pokazać światu, powstał dopiero kilka lat temu.

 

W jakich okolicznościach pani tworzy? Potrzebuje pani konkretnej przestrzeni albo ma jakieś pisarskie rytuały? Pani wiersze powstają z natchnienia, przemyśleń, słów, które wpadną do głowy, z obserwacji, z rzeczywistości, ze wspomnień, pragnień?

 

M. K. – Wiersze są kapryśne. Przychodzą, kiedy same chcą. Niekiedy widok, np. panorama gór, wbija mnie z zachwytu w ziemię i myślę sobie – o, z tego to musi powstać wiersz! A tu guzik – siedzę, łapię słowa za ogony, a one wyślizgują się i grają mi na nosie. Innym zaś razem pchają się tłumnie w najmniej oczekiwanej chwili, np. gdy stoję w kolejce do kasy sklepowej. Tworzenie poezji to proces intymny. Mam tu na myśli, że przetwarzanie świata przez twórcę dokonuje się za pośrednictwem jego osobistego, prywatnego filtru. Moi przyjaciele często po lekturze wierszy twierdzą, że doskonale rozumieją je dzięki znajomości z ich autorką.

 

Ma pani swoich poetyckich mistrzów?

 

M. K. – Tak, są nimi Zbigniew Herbert, wielki moralista, i ksiądz Jan Twardowski, który jak nikt inny potrafił w prostocie słowa zamknąć wielką metaforę.

 

Jest pani laureatką wielu poetyckich nagród. Czym są dla pani te wyróżnienia?

 

M. K. – Wysyłam wiersze na konkursy, bo wiem, że tam zostaną wnikliwie przeczytane. To oczywiście żart. Każdy sukces uskrzydla, utwierdza w przekonaniu, że warto. Ponadto gale rozdania nagród gromadzą wielu poetów i stwarzają okazję na poznanie i integrację środowiska poetyckiego, na dyskusje dotyczące kondycji współczesnej literatury.

 

Dobry wiersz powinien...

 

M. K. – …zatrzymać.

 

Jest pani współzałożycielką internetowego forum literackiego „Ogród ciszy”. Dlaczego powstało, dla kogo i co tam możemy znaleźć?

 

M. K. – Rynek wydawniczy poezji nie rozpieszcza, słusznie mniemając, że popyt na nią jest znikomy. Dotyczy to nie tylko współczesnych poetów, ale i klasyków. Dlatego poezja zeszła do drugiego, internetowego obiegu i tu ma się całkiem dobrze. Oczywiście łatwość publikacji sprzyja „zachwaszczeniu”, ale środowisko poetyckie radzi sobie z zalewem złych tekstów, stosując rzetelną krytykę. „Ogród ciszy” to miejsce, gdzie spotykają się twórcy – poeci i grafomani – miłośnicy poezji. Zamieszczamy swoje utwory, które są komentowane, recenzowane i oceniane przez nas samych, amatorów, ale też przez profesjonalistów, członków Związku Literatów Polskich. Serdecznie zapraszam do czytania i publikowania.

 

Pani ostatni tomik poetycki ukazał się w 2013 roku i nosi tytuł „Wczoraj i dziś”. Proszę o nim opowiedzieć i zachęcić czytelników, aby po niego sięgnęli.

 

M. K. – Myślę, że o istocie tomiku najtrafniej wypowiedziała się Krystyna Bezubik: Tomik odzwierciedla niezwykłą fascynację autorki przeszłością. Z tomiku wyłania się obraz historii, która się powtarza. Choć w przeciągu wieków zmienia się dekoracja, zmieniają się obyczaje, ludzkość pozostaje ta sama. Prawa historii pozostają niezmienne. Czas linearny jest czasem pozornym. Czas ma charakter kolisty – jest wiecznym powrotem i trwaniem. Wczoraj jest dziś. Dziś jest wczoraj. Ale zapewniam, to nie jest tomik wyłącznie dla miłośników historii. Zachęcam do lektury i życzę... zatrzymania.

 

Mówi pani o sobie, że jest podróżniczką z zamiłowania. Gdzie pani podróżuje i czy jest jakieś miejsce, które szczególnie panią przyciąga?

 

M. K. – Oboje z mężem marzyliśmy, by kiedyś zamienić namiot na dom na kółkach, co się w końcu udało. Kamper pozwala nam uniezależnić się od pensjonatów, wczasowiczów, terminów i pogody, odkrywać punkty niezaznaczone na turystycznych utartych szlakach. To nie są zamorskie podróże; często też wracamy do miejsc, które nas szczególnie zachwyciły. W weekendy, gdy pozwalają na to obowiązki i – oczywiście – finanse, zabieramy nasze psy i wyjeżdżamy na wschodnie kresy Polski. Tam o wiele łatwiej przyznać rację Edwardowi Stachurze.

 

Rozmawiał DM, fot. z archiwum Marioli Kruszewskiej


Nr 127 str 14 Strefa osobowości Mariola Kruszewska 3

Być rycerzem!

Ocena użytkowników:  / 1

Nr 104 str 10 Strefa pasji być rycerzem główneMaciej Dmowski od czterech lat dowodzi „Bractwem Rycerskim Ziemi Mińskiej”. Jego członkowie odtwarzają, tzw. wiek około grunwaldzki, czyli przełom XIV i XV wieku. W „Strefie” pytamy Macieja o co w tym wszystkim chodzi i z czym wiąże się bycie współczesnym rycerzem...

 

Jak zostałeś rycerzem?

 

Maciej Dmowski (M. D.) – Jak to z każdym małym chłopcem bywa – zawsze marzy o byciu policjantem, strażakiem, żołnierzem czy rycerzem. Chce być bohaterem i ratować świat. Tak samo było i ze mną. Dodatkowo, rodzice zabrali mnie kiedyś na inscenizację bitwy pod Grunwaldem i od tamtego momentu chyba powoli szedłem w kierunku rycerstwa.

 

Jak trafiłeś do „Bractwa Rycerskiego Ziemi Mińskiej”?

 

M. D. – Jestem jedną z osób, które przyczyniły się do powstania tego bractwa. Pomagałem z paroma znajomymi Szymonowi Sokołowskiemu i Arkowi Nowakowi w zadaniu, którego podjęli się w 2006 roku. Można powiedzieć, że to oni zapoczątkowali rycerstwo w Mińsku Mazowieckim. A ja nie mogłem się do nich nie dołączyć.

 

Jakie umiejętności i cechy charakteru powinien mieć rycerz?

 

M. D. – Powinien być silny, odważny, odpowiedzialny, ceniący honor. Do tego dobry w walce mieczem oraz sprawny fizycznie.

 

Masz jakieś rycerskie imię, a może naśladujesz konkretną średniowieczną postać?

 

M. D. – Nie rekonstruuję konkretnej postaci. Staram się odtwarzać średniobogatego rycerza, który mieszkał na naszych ziemiach w średniowieczu. A jeśli chodzi o rycerskie imię, to nie przyjąłem żadnego. Po prostu pozostałem przy swoim. Ale niektórzy z członków bractwa mają pseudonimy i dzięki nim są bardziej rozpoznawani, np. Arek Nowak zwany Kopernikiem, czy Aleksandra Rokicka zwana Geko.

 

Zbroje, ubrania, kolczugi robicie sami, czy kupujecie już gotowe?

 

M. D. – Raczej kupujemy, choć coraz częściej podejmujemy się wyzwań i zaczynamy robić sami – zarówno strój, jak i elementy uzbrojenia. Ale niektóre rzeczy, takie jak np. hełm czy biżuteria są za trudne do wykonania w małych warsztatach i trzeba je zamawiać u specjalistów.

 

A broń robicie sami, czy też kupujecie?

 

M. D. – Mamy w szeregach bractwa jednego kowala, Dawida Okurowskiego, który tworzy coraz ciekawsze oręża, więc część kuje nam Dawid, a część kupujemy od innych kowali. Podobnie jest z przedmiotami, takimi jak garnki, naczynia, namioty – bardzo dużo rzemieślników oferuje swoje produkty, więc nie ma problemu, aby zaopatrzyć się w rycerski osprzęt. Ale jak już wspomniałem, z roku na rok coraz więcej rzeczy umiemy zrobić sami i coraz więcej tworzymy. Jednak, gdy potrzeba czegoś naprawdę dobrego, to kupujemy od sprawdzonych rzemieślników.

 

To chyba drogie hobby?

 

M. D. – To prawda, rycerska pasja nie jest tania – sprzęt i strój swoje kosztują. Zamawiając je u renomowanego rzemieślnika, trzeba za nie zapłacić od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Ale można również zamówić, np. rzeczy używane, wtedy wychodzi taniej. Albo starać się robić je samemu, choć, jak już powiedziałem, nie wszystko się da wykonać własnymi rękami.

 

A jak to jest z nauką rycerskiego fechtunku? Skąd bierzecie informacje, jak trzeba walczyć? Podpatrujecie innych, korzystacie z przekazów historycznych, książek?

 

M. D. – Fechtunku uczymy się od początku istnienia „Bractwa Rycerskiego Ziemi Mińskiej”. Działa też wiele szkół walk rycerskich, które naprawdę dobrze przekazują wiedzę na ten temat, zarówno od strony technicznej, jak i teoretycznej. Kilku członków bractwa jeździ na treningi do Warszawy, a później stara się przekazać wiedzę innym. Ćwiczyliśmy zarówno walkę traktatową, opartą na różnych zapiskach oraz walkę sportową. Ale zdecydowanie najlepiej uczy się fechtunku podczas sparingów z innymi rycerzami, czy to na treningach, czy podczas turniejów.

 

Walczysz mieczem, czy korzystasz też z innych broni?

 

M. D. – W zwykłej walce turniejowej jeden na jednego używam, tak jak większość rycerzy, miecza jednoręcznego oraz tarczy. Natomiast w zbiorowych walkach, kiedy jestem jedną z wielu osób biorących udział, np. w odtwarzanej bitwie, staram się używać czegoś cięższego. Wtedy najlepiej walczy mi się tasakiem.

 

Walczycie naprawdę, czy to tylko choreografia?

 

M. D. – To zależy kiedy, ale w większości przypadków jest to walka na poważnie. Jeżeli chodzi o treningi i turnieje, to nie ma żadnego udawania – potyczka jest na całego. Na pokazach czasem się zdarza, że walki są bardziej ustawiane i reżyserowane, ale tak naprawdę staramy się traktować takie pokazy, jak dodatkowe treningi i walczymy wkładając w nie siłę i determinację.

 

Walki wyglądają czasem na bardzo niebezpieczne. Byłeś np. kontuzjowany i czy zostały ci po tym blizny?

 

M. D. – Wystarczy pooglądać walki rycerskie z różnych turniejów czy rekonstrukcji, aby przekonać się, że czasem bywa bardzo ostro. Jest to sport dosyć niebezpieczny i często dochodzi do kontuzji. Z reguły są to zadrapania, zbicia czy zwichnięcia, ale zdarzają się także złamania. Walki są pełnokontaktowe, wszyscy walczą na poważnie, więc odrobina nieuwagi, pecha czy choćby uszkodzony sprzęt może doprowadzić do kontuzji. Mawiają, że rycerz bez blizny to nie rycerz. Swoją bliznę mam na czole. To pamiątka po którejś bitwie pod Grunwaldem.

 

Członkami bractwa są też kobiety. Jaka jest ich rola w życiu rycerza? Czym się zajmują?

 

M. D. – Przede wszystkim towarzyszą i wspierają rycerzy. Bardzo często pomagają coś zszyć, albo przyrządzić strawę. Choć zdarzają się i takie, które same biorą miecz do ręki i stają w szranki z innymi rycerzami. Bycie w bractwie to nie tylko walka. To przede wszystkim przynależność do osób, które fascynują się kulturą i stylem życia wieków średnich, a także etosem rycerskim. Dlatego z praktycznych zajęć mamy do czynienia także z łucznictwem, bronią czarno-prochową, tańcami, muzyką czy tańcem z ogniem, a w tym członkinie naszego bractwa są naprawdę świetne.

 

Jak często spotykają się członkowie bractwa i co wtedy robicie?

 

M. D. – Oficjalnie spotykamy się jeden lub dwa razy w tygodniu. Czas wykorzystujemy zarówno na teorię i pogłębianie swojej wiedzy poprzez rozmowy, jak i na praktykę, czyli walki rycerskie, strzelanie z łuku czy naukę tańca. Spotkania mamy przy Muzeum Ziemi Mińskiej, dzięki uprzejmości jego dyrektora Leszka Celeja oraz naszej współpracy z Muzeum.

 

Czasami widzę was, jak ćwiczycie przed MZM. A co będzie zimą?

 

M. D. – Właśnie, teraz szukamy schronienia na zimę, czyli sali, w której moglibyśmy ćwiczyć, jak pogoda za oknem nie będzie dawała nam możliwości treningu na świeżym powietrzu. Chodzi o dwa treningi, każdy po ok. trzy godziny – jeden w środku tygodnia w dzień powszedni wieczorem, drugi w weekend, raczej w sobotę w godzinach dziennych. Gdyby ktoś słyszał o takiej sali, w której moglibyśmy ćwiczyć, to proszę o kontakt z naszym bractwem.

 

Już trzykrotnie organizowaliście turniej rycerski w Mińsku. Mam wrażenie, że z roku na rok zyskuje on coraz większą rangę?

 

M. D. – Zgadza się, Turniej Rycerski im. Jana z Gościańczyc to nasze największe osiągnięcie.

Dzięki współpracy bractwa z Muzeum Ziemi Mińskiej oraz wsparciu ze strony miasta, byliśmy w stanie ściągnąć do Mińska Mazowieckiego rycerzy z całej Polski, aby rywalizowali tutaj o sławę i nagrody. A do wygrania była, m.in. srebrna podkowa Jana z Gościańczyc. Aby ją zdobyć rywalizacje prowadzone były w różnych konkurencjach: turnieju bojowym, łuczniczym, drużynowym, fire dance oraz biegach dam i rycerzy. Punktem kulminacyjnym była bitwa, w której wzięło udział prawie dwudziestu rycerzy. A po niej rycerska biesiada do rana. Każdemu uczestnikowi zapewnialiśmy strawę oraz słomę do spania w namiotach. Natomiast turystom, możliwość spróbowania swoich sił w walce z rycerzem, strzelaniu z łuku czy zakupie pamiątek na targowisku rycerskim. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda nam się zorganizować kolejny turniej rycerski, jeszcze lepszy niż wcześniejsze, na który już dziś serdecznie zapraszamy. Proszę przeglądać zapowiedzi wydarzeń pod koniec czerwca 2014 roku.

Jeździcie na inne turnieje rycerskie i rekonstrukcje bitew?

 

M. D. – Lubimy jeździć pod Grunwald i na turniej rycerski do niedalekiego Liwa. Są to dwa większe turnieje rycerskie, podczas których mamy możliwość uczestniczyć w dużych bitwach. Poza tym, warto tam zaprezentować swoje umiejętności oraz spotkać się ze znajomymi. W sezonie rycerskim, poza tymi dwoma turniejami, co tydzień można jechać na różne turnieje, które organizowane są w całej Polsce, a także poza granicami naszego kraju – od Będzina przez Ogrodzieniec, Uniejów, aż po Działdowo, Nidzicę czy Malbork. Niektórzy członkowie naszego bractwa zaliczają nawet do ośmiu, czy dziesięciu turniejów w sezonie. Muszę się pochwalić, że wygraliśmy wiele turniejów, głównie łuczniczych, choć i w walce idzie nam coraz lepiej.

 

Wygrana w turnieju wiąże się z jakimiś nagrodami, np. pieniężnymi, czy to tylko satysfakcja i sława wśród innych bractw – prestiż w środowisku?

 

M. D. – Przede wszystkim sława. Często organizatorzy turniejów kuszą zwrotem kosztów za dojazd, aby zwiększyć zainteresowanie członków bractw. Ale są i nagrody. Ich skala jest bardzo różna – od skromnych upominków, małych bonifikat pieniężnych, aż po wielotysięczne, bądź różne wycieczki, nawet międzynarodowe.

 

Turnieje to jedyne miejsca, w których można was zobaczyć w akcji?

 

M. D. – Przeprowadzamy także pokazy w szkołach, przedszkolach, na różnego rodzaju festynach i imprezach, a nawet na ślubach, jeśli ktoś ma taką ochotę. Niebawem powstanie też profesjonalna oferta naszych usług dla każdego.

 

Gdybym chciał zostać rycerzem, to co muszę zrobić?

 

M. D. – Przede wszystkim musisz naprawdę tego chcieć. A jak już się zdecydowałeś, to w Polsce jest wiele bractw rycerskich – zarówno odtwarzających wieki wcześniejsze, jak i późniejsze. Jeśli chciałbyś zostać członkiem „Bractwa Rycerskiego Ziemi Mińskiej”, to zapraszam na spotkanie bractwa do Muzeum Ziemi Mińskiej. Będziesz miał możliwość przyjrzeć się, jak to wygląda w rzeczywistości. Jeżeli utwierdzisz się w przekonaniu, że to jest to, co chcesz robić, zaczniesz sam walczyć, strzelać, pomnażać wiedzę o średniowieczu i swoją pasją zarażać innych wokół siebie.

 

Członkowie rodziny podziela twoją rycerską pasję?

 

M. D. – Na szczęście nikt z rodziny nie ma nic przeciwko mojemu uczestnictwu w ruchu rycerskim. A do „Bractwa Rycerskiego Ziemi Mińskiej” należą także mój brat Kuba i cioteczna siostra Ola.

 

Bycie rycerzem to zabawa po pracy, czy może sposób na życie?

 

M. D. – Można powiedzieć, że przynależność do ruchu rycerskiego zmienia cię na całe życie. Bardzo często zwyczaje rycerskie przenoszone są do normalnego, XXI-wiecznego świata, np. przypominają o odpowiednim zachowaniu wobec kobiet, o honorze i jego wadze w życiu czy zachowywaniu się fair wobec innych. Ale ja jednak coraz częściej zaczynam traktować moją rycerską pasję bardziej, jako zabawę po pracy niż coś, czym żyję na co dzień. Choć znam ludzi, którzy wsiąkli w rycerstwo na dobre i dobrze im z tym.

 

Rozmawiał DM, fot. z archiwum Macieja Dmowskiego


Nr 104 str 10 Strefa pasji być rycerzem 2


Nr 104 str 10 Strefa pasji być rycerzem 4


Nr 104 str 10 Strefa pasji być rycerzem 3

Kwestionariusz Strefy - Leszek Celej

Ocena użytkowników:  / 3

Nr 100 str 19 Kwestionariusz Strefy Leszek CelejDyrektor Muzeum Ziemi Mińskiej i jego oddziału – Muzeum 7. Pułku Ułanów Lubelskich. Radny Sejmiku woj. mazowieckiego, przewodniczący Komisji Kultury i Dziedzictwa Narodowego Sejmiku woj. mazowieckiego, były nauczyciel. Warto wiedzieć, że to on w naszym mieście wiele lat temu wpadł na pomysł, aby nazwać most na Srebrnej imieniem Jana Himilsbacha. Organizował też pierwsze festiwale jego imienia. Był pomysłodawcą ustawienia w Mińsku ławeczki pana Jana, której uroczystego otwarcia dokonała w ubiegłym roku podczas IV Festiwalu Himilsbacha Barbara „Basica” Himilsbach. Leszek Celej nie boi się wyzwań, a kłody rzucane mu pod nogi tylko mobilizują go do działania. I choć jest bardzo zajętym człowiekiem, znalazł czas, aby odpowiedzieć na zagadnienia z naszego kwestionariusza...

 

Zawód: muzealnik, a wyuczony – nauczyciel, ale tak właściwie, to nie wiadomo.

Data urodzenia: 14 lutego 1959 r. – w wyjątkowy Dzień Walentynkowy, stąd też jestem wyjątkowy (to informacja dla pań).

Znak zodiaku: Wodnik.

Stan cywilny: żonaty.

Miejsce urodzenia: piękny Garwolin.

W pracy lubię: gdy mogę realizować wszystkie swoje pomysły.

Mój sprawdzony sposób na chandrę: nie miewam chandry.

Zaleta, którą mogę się pochwalić to: pełne oddanie w to, w co się angażuję.

Gdy wychodzę z domu, nigdy nie zapomnę: portfela.

Nigdy zasnę bez: fantazyjnej myśli.

Najbardziej żałuję: że nie umiem grać na instrumencie.

Chciałbym zostać: barmanem, kelnerem, właścicielem kawiarni, restauracji.

Czuję zadowolenie, gdy: to, co mówię i robię jest zrozumiałe.

Stresuje mnie: konieczność uczenia się na pamięć, czego nie znoszę.

Zawsze znajdę czas: na wszelkie improwizacje.

Zazdroszczę: perfekcyjnej pamięci.

Najbardziej jestem dumny z: moich córek.

Koniec tygodnia: to dla mnie najczęściej praca.

Zmieniłbym: fanatyzm na tolerancję.

Moje największe dotychczasowe osiągnięcie to: że nie poddaję się konwenansom.

Pracuję w Muzeum, bo: to jest piękna praca, dająca możliwości kreacyjne.

Wolny czas spędzam: jaki wolny czas?

Nie mogę obyć się bez: aktywnej pracy.

Czuję strach przed: samym sobą.

Uwielbiam: przekształcać rzeczywistość w najbardziej bajkowe pomysły.

Zmieniłbym w sobie: po prostu żyję i nie frustrują mnie moje niedomagania.

Mam hopla na: punkcie męskich kapeluszy.

Małżeństwo to dla mnie: odrobina spokoju.

Ukształtowali mnie: moi nauczyciele z liceum.

Największe marzenie: to pracować bez obowiązków biurokratycznych.

Imponują mi: ludzie na wskroś precyzyjni.

Szczęście to dla mnie: stan bez zaległości.

Moja pierwsza miłość: przedszkolna miłość do Lili.

 

Pytania ułożyła mo, fot. DM

Naukowiec i biznesmen

Ocena użytkowników:  / 2

Nr 95 str 10 Strefa osobowości Ekwos główne Od młodych lat zafascynowany był rzekami, które, jak mówi – są arteriami życia na naszej planecie. Pracując naukowo w Europie i w Stanach Zjednoczonych opracował systemy, dzięki którym można powstrzymać rabunkową gospodarkę wodną. Dwa lata temu wrócił z rodziną do Polski i w ośrodku „Ekwos – Bocianowe Podlesie” w Grębiszewie planuje stworzyć lokalne centrum turystyczne i edukacji ekologicznej. Doktor habilitowany inżynier Piotr Parasiewicz opowiada w „Strefie” o swoich pasjach, marzeniach i rodzinnym biznesie, który można prowadzić szanując prawa natury...

 

Jest pan biznesmenem, naukowcem, czy ekologiem?

 

Piotr Parasiewicz (P. P.) – Powiem tak – z wykształcenia jestem naukowcem, z serca i przekonania ekologiem, ale żeby się utrzymać, zostałem też biznesmenem. W różnych fazach mojego życia, któraś z tych działalności była szczególnie ważna, ale generalnie musiałem powiązać je ze sobą.

 

Ale wszystko zaczęło się od nauki.

 

P. P. – Na początku lat 80. XX wieku zacząłem studiować zootechnikę w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Ale że nie przepadałem za systemem, jaki wtedy panował w Polsce, wyjechałem do rodziców, którzy pracowali w Libii. I już tam zostałem. Chciałem jednak kontynuować naukę. Wysłałem swoje dokumenty do różnych uczelni. Universität für Bodenkultur w Wiedniu przyjął mnie z otwartymi rękami. Z początku myślałem, aby kontynuować naukę zootechniki, ale gdy przyjrzałem się, co oferuje wydział inżynierii środowiskowej i wodnej to stwierdziłem, że właśnie to chcę zgłębiać. To były wyjątkowe studia, bo oferowały szeroką gamę możliwości – można było po nich budować, np. oczyszczalnie ścieków, drogi, mosty, albo zajmować się inżynierią wodną. Jeszcze mieszkając w Polsce, byłem zafascynowany rzekami i rybami. Kiedy mieliśmy gospodarstwo w Grębiszewie, to dzierżawiliśmy stawy w Rudzienku, którymi praktycznie sam się zajmowałem. Studia w Wiedniu idealnie więc wpasowały się w tę moją pasję.

Nr 95 str 10 Strefa osobowości Ekwos 2

Został pan w Wiedniu na dłużej...

 

P. P. – Pracę dyplomową napisałem na wydziale hydrobiologii, rybactwa i akwakultury. To był wyjątkowo fajny wydział. Tworzyła go grupa prowadzona przez prof. Jungwirtha, która zajmowała się, m.in. renaturalizacją rzek. Byli w niej biolodzy, ekolodzy i ludzie od inżynierii wodnej. Dzięki temu znalazłem swoją niszę przy morfologii rzek i wspomagałem prace przy pierwszym projekcie rewitalizacyjnym w Austrii – wprowadziłem nowe rozwiązanie i stworzyłem komputerowy system pomiarowy, który zastąpił dawne metody. Zostałem na uczelni do 1999 roku, jako asystent. Pracując na Uniwersytecie Bodenkultur miałem też przyjemność pracować przy tworzeniu Europejskiej Ramowej Dyrektywy Wodnej, którą obecnie wdraża się w Polsce. Jestem z tego dumy, bo to najbardziej nowoczesny dokument na świecie, tworzący podstawy do mądrej gospodarki wodnej. Ale nie jest on w naszym kraju zbyt dobrze wprowadzany.

 

Co jest nie tak?

 

P. P. – Przede wszystkim brakuje nam kompetencji, aby wdrożyć dyrektywę. Są dane, które mówią, że w ciągu ostatnich dwóch lat ok. 10 tys. km rzek zostało uregulowanych w ramach prac utrzymaniowych. A te są wyjęte spod operatów wodno-prawnych, czyli mówiąc krótko – zarządzający danym akwenem może pojechać i, np. regulować rzeki, pogłębiać je, prostować bez oceny wpływu na środowisko. I często robi się to za unijne pieniądze, wbrew zaleceniom dyrektywy. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że mamy w Polsce ok. 80 tys. km rzek, to te 10 tys. potraktowane w tak beztroski sposób, budzi już duży niepokój.

 

To trochę tak, jakby zawracać kijem Wisłę?

 

P. P. – Dokładnie tak. Już w latach 90. XX wieku apelowałem w swoich artykułach, żebyśmy w Polsce nie popełniali tych samych błędów, które przed nami były udziałem krajów Zachodu, ale dokładnie to robimy. Pracuje się cały czas na bazie technologii, która została rozwinięta w latach 20. XIX wieku, ignoruje się aktualną wiedzę, nie wprowadza się nowych i sprawdzonych światowych rozwiązań. Powstają z tego ogromne straty. Ponadto, wiedza polskiego społeczeństwa na temat stanu ekologicznego rzek jest bardzo ograniczona. Dla większości ludzi, jeśli rzeki nie śmierdzą, to wszystko jest w porządku. Tak się utarło. Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że rzeki są arteriami życia na naszej planecie, że są skomplikowanymi i bardzo dynamicznymi systemami, na które ręka ludzka miała wpływ od tysięcy lat i nie mamy bladego pojęcia, jakie są konsekwencje naszych działań.

 

Z czego nie zdajemy sobie sprawy?

Nr 95 str 10 Strefa osobowości Ekwos rodzina

P. P. – Istnieje wiele powiązań pomiędzy tym, co dzieje się w rzekach, a naszym życiem, którego woda jest podstawą. Jeśli w te bardzo wrażliwe systemy wodne wjeżdżamy koparami, rozgrzebujemy je, prostujemy, to wcale ich nie ulepszamy, tylko dewastujemy. Praktycznie zmieniamy całą strukturę gatunkową tego systemu. A na koniec okazuje się, że to, co zniszczyliśmy, wymaga ogromnych pieniędzy, aby ten stan utrzymać. Wprowadzając zmiany w systemach wodnych, często robimy to bez długoterminowych i kompleksowych planów. Nasze cele są bardzo wąskie i krótkotrwałe. Dlatego tak ważne jest, abyśmy przestali prowadzić rabunkową gospodarkę. Musimy być ogrodnikami naszej planety, a nie ją dewastować. I dlatego właśnie powstała Europejska Ramowa Dyrektywa Wodna, która tworzy wyjątkową okazję dla inżynierów, aby naprawić błędy, które zostały popełnione przez ostanie setki lat. Co ważne, rozsądna gospodarka wodna tworzy dużo lokalnych miejsc pracy i przynosi coś dobrego całemu społeczeństwu.

 

To trzeba tę nowoczesną wiedzę propagować.

 

P. P. – Staram się to robić. Współpracuję, np. z naukowcami z Uniwersytetu Warszawskiego i ze SGGW, gdzie przygotowujemy różne informacje na ten temat. Założyłem też fundację River Norm, której celem jest podnoszenie wiedzy meliorantów i ludzi pracujących w tej dziedzinie, jak czasem sobie żartuję, żeby przynajmniej mieli wyrzuty sumienia. Ale nie jest to szybka sprawa. To na pewno potrwa. Moja organizacja złożyła kilka wniosków o dofinansowanie do Ministerstwa Ochrony Środowiska i mamy nadzieję, że dzięki tym funduszom będziemy mogli zacząć wdrażać w Polsce taki intensywny program edukacyjny i szkoleniowy.

 

Taką wiedzę przekazywał pan właśnie w Stanach Zjednoczonych.

 

P. P. – Kiedy jeszcze pracowałem w Wiedniu, otrzymałem stypendium od amerykańskiej organizacji The Nature Conservancy i pojechałem na Uniwersytet Cornell, gdzie miałem okazję współpracować z fantastycznym naukowcem Markiem Baine'em. Będąc tam, stworzyłem nowy komputerowy system modelowania siedlisk w rzece. I to się stało potem podstawą mojej kariery w USA. W 2004 r. przeniosłem się na Uniwersytet w Massachusetts. I tam również działo się wiele ciekawych rzeczy. Trzy lata później założyłem swoją własną organizację Rushing Rivers Institute, której celem było przede wszystkim spopularyzowanie nauki, gdyż pracując naukowo przez wiele lat zdałem sobie sprawę, że istnieje olbrzymia przepaść pomiędzy stanem wiedzy i technologią, jaka jest tworzona na uczelniach, a jej praktycznym zastosowaniem. Instytut ma za zadanie przekazać tę wiedzę inżynierom i społeczeństwu, aby doprowadzić do pozytywnych zmian. I tak się stało. Chciałbym też podkreślić, że metody gospodarki wodnej, o których mówię i staram się promować nie prowadzą do tego, aby zabronić użytkowania rzek, tylko do tego, aby stosować bardziej efektywne działania, które nie prowadzą do dewastacji środowiska.

 

Wróćmy teraz na nasze lokalne podwórko. Jak w powiecie mińskim ocenia pan gospodarkę wodną?

 

P. P. – Za krótko jestem na miejscu, aby móc mówić na ten temat. Ale wydaje mi się, że nie tak bardzo różnimy się od reszty kraju. Mam wrażenie, że Mienia została pogłębiona. Wiem też, że na Świdrze były przeprowadzone prace utrzymaniowe w jego uregulowanej części. Pocieszające jest to, że taka rzeka jak Świder wydaje się być jedną z lepiej zachowanych rzek na Mazowszu. Tym bardziej uważam, że warto byłoby się nią mądrze zająć. Warto promować ją, jako miejsce rekreacji i nauki dla młodych ludzi i jako „poligon doświadczalny” dla naukowców. Owszem, jest parę miejsc, gdzie należałoby coś poprawić, np. zamiast pogłębiać starą poniemiecką regulację, należałoby ją zrenaturyzować. Widziałem też jazy, które są niepotrzebne, używane głównie przez kłusowników i można by je usunąć. Świder daje wiele możliwości, ale nie rozmawiałem jeszcze na ten temat z lokalnymi wydziałami melioracji. Warto by rozpocząć taką współpracę, np. organizując szkolenia dla pracowników, jak należy zajmować się rzekami.

 

Ośrodek wypoczynkowy w Grębiszewie, którym pan obecnie kieruje wymaga jednak biznesowego, a nie naukowego podejścia...

 

P. P. – Proszę pamiętać, że pracując naukowo w USA i prowadząc własną organizację Rushing Rivers Institute oraz dwie inne firmy, które założyłem, musiałem zdobywać środki na swoją działalność. Żeby to robić, przeszedłem solidne biznesowe szkolenie. Poza tym, wróciliśmy do Polski całą rodziną z przekonaniem, że dzięki „Bocianowemu Podlesiu” będziemy mogli spełnić marzenia i pogodzić w jednym nasze pasje, wykształcenie i doświadczenia.

 

Każdy jest ważny i wkłada do całości swoją cegiełkę?

 

P. P. – Zdecydowanie tak. Syn Krystian studiuje zarządzanie i na pewno w przyszłości przejmie po mnie sprawy związane z kierowaniem ośrodkiem. Moja córka Sylvia, która będzie studiowała medycynę, chce w przyszłości propagować w „Bocianowym Podlesiu” aktywności związane ze zdrowiem. Dużym wsparciem jest także dla mnie żona Maria, bo ma wyjątkowy talent do zarządzania firmą i jest artystką, więc dba o wizualny wygląd tego miejsca, które ma ogromny potencjał i można je kształtować tak, jak to sobie wymarzymy.

 

Czyli szykują się jakieś zmiany?

 

P. P. – Ośrodek funkcjonuje już od kilku lat, gdyż stworzył go tata, kiedy jeszcze byłem z rodziną w Stanach Zjednoczonych. To przede wszystkim jego zasługa, że funkcjonuje „Bocianowe Podlesie”. Działają noclegi hotelowe i „spanie-na-sianie”, organizujemy wesela i konferencje, dostępne są boiska do siatkówki, koszykówki, barek pod lasem. Ale chcemy się rozwijać. Na jesieni otworzymy nową restaurację, która będzie się nazywała „Ranczo”. Planujemy też rozwijać naszą mini farmę, na której stoją już dwa stuletnie domy. Chcemy, aby można tu było przyjechać i zobaczyć różne zwierzęta, czy upiec chleb, tak jak to się robiło dawniej. Mamy też stadninę. Jesienią będą wytyczone trasy rowerowe, a zimą szlaki biegowe dla narciarzy. Na końcu działki jest staw, który właśnie rozbudowujemy i chcemy stworzyć tam centrum edukacji ekologicznej, w którym będzie można nauczyć się rozpoznawania roślin, ptaków, czy owadów. Chciałbym, aby „Bocianowe Podlesie” było takim lokalnym centrum turystycznym, zarówno dla gości z okolic, jak i z całej Polski. Mamy naprawdę wiele do zaoferowania.

 

Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. archiwum Piotra Parasiewicza, DM

 

Podpis fot.

 

Piotr Parasiewicz z synem Krystianem, córką Sylvią i żoną Marią na Lisim Lodowcu (Fox Glacier) w Nowej Zelandii.

Kwestionariusz strefy - Tomasz Płochocki

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 87 str 17 Kwestionariusz Strefy Tomasz Płochocki Mińszczanin, dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych nr 2 im. Powstańców Warszawy w Mińsku. Nauczyciel dyplomowany. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył studia Wychowania Fizycznego, Zarządzania w Oświacie i Przedsiębiorczości, Zarządzania Zasobami Ludzkimi ze standardami europejskimi. Otrzymał Certyfikat Specjalisty Partnerstwa Lokalnego w dziedzinie rozwoju nowoczesnego rynku pracy. Ekspert ewaluator w badaniu jakości placówek edukacyjnych. Otrzymał tytuł Menadżera Oświaty. Egzaminator do spraw awansu zawodowego nauczycieli. Wdraża i realizuje Projekty Unijne w rozwoju Kapitału Ludzkiego. Wypracował system współpracy partnerskiej z zakładami i przedsiębiorstwami rynku pracy oraz instytucjami edukacyjnymi jak również z Uczelniami Wyższymi. Przeprowadził termomodernizację budynków szkolnych oraz terenów sportowych. Wspólnie z kadrą wprowadził nowe kierunki kształcenia oraz utworzył nowe pracownie kształcenia zawodowego. Odznaczony brązowym medalem Prezydenta RP za służbę w oświacie. Wielokrotnie nagrodzony nagrodą Starosty Mińskiego. Szkoła, którą kieruje jest miejscem zdobywania dodatkowych umiejętności i kompetencji opartych na wiedzy. Pomysłodawca i inicjator przedsięwzięć na terenie Miasta i Powiatu. Działacz sportowy i społeczny w organizacjach pożytku publicznego oraz w samorządzie lokalnym. Prywatnie lubi sport, podróże, motoryzację, publicystykę, a także zacisze domowe.

 

Zawód: nauczyciel.

Wiek: 30+

Znak Zodiaku: Bliźnięta.

Stan cywilny: żonaty.

Miejsce urodzenia: Mińsk Mazowiecki.

W pracy lubię, gdy: wszyscy są dla siebie życzliwi i uprzejmi oraz wykonują swoje zadania.

Mój sposób na chandrę: sport, muzyka rockowa i spotkania z przyjaciółmi.

Moja największa zaleta: to same wady.

Nie wyjdę z domu bez: śniadania i ubrania.

Nie zasnę bez: rachunku sumienia.

Żałuję: niczego nie żałuję.

Chciałbym być: zawsze sobą.

Czuję zadowolenie, gdy: mogę pomóc innym.

Stresuje mnie: stres powoduje motywację do działania.

Zawsze znajdę czas na: rodzinę, odpoczynek, relaks i przyjaciół.

Zazdroszczę: nie zazdroszczę.

Jestem dumny z: moich rodziców, że ukształtowali we mnie prawidłowe postawy.

W szkole lubię: uczniów oraz jak nauczyciele i pracownicy odnoszą wspólne sukcesy z uczniami.

Weekend to dla mnie: wyciszenie, odpoczynek, relaks.

Chciałbym: zmienić świat.

Moje największe dotychczasowe osiągnięcie: praca z ludźmi i dla innych.

Pracuję w szkole, bo: to jest moja pasja i spotkałem na swojej drodze wspaniałych ludzi.

Mój wolny czas spędzam na:.zajęciach domowych, sporcie, turystyce zimowej i letniej.

 

Pytania ułożyła mo, fot. z archiwum Tomasza Płochockiego

Z talentem trzeba się urodzić - prace Waldka Pskieta

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 85 str 12 Strefa sztuki Waldek główne Prace Waldemara Pskieta zobaczyłem po raz pierwszy na wystawie mińskich artystów w Pracowni Artystycznej Murillo & Art Design. I nie mogłem uwierzyć, że zostały narysowane... długopisem. Jak się też okazało, Pskiet rysuje od dziecka, nie skończył żadnej szkoły artystycznej i zaliczył kilka życiowych wpadek. Ale urodził się z talentem i tworzy rysunki, wobec których nie można przejść obojętnie...

 

Na wystawie w Murillo pokazał kilkanaście prac – głównie były to kopie: zdjęć z odnalezionego na strychu starego rosyjskiego albumu, czy grafik Mauritsa Cornelisa Eschera. Czarno-białe rysunki przyciągały wzrok. Każdy z odwiedzających galerię zatrzymywał się przy nich i bardzo się dziwił, gdy Waldemar Pskiet wyjaśniał, że rysuje długopisem. „A te cienie, szczegóły to pewnie jakąś inną techniką?” – zapytałem. – „Wszystko jest narysowane jednym długopisem” – wyjaśnił, dodając, że w domu ma więcej swoich prac. „To może umówimy się na wywiad?” – zaproponowałem.

Jego mieszkanie znajduje się przy ul. Topolowej w Mińsku. W pokoju, na jednej ścianie wiszą rysunki, na drugiej klasyczna meblościanka. Spodziewałem się zobaczyć jakieś szczególne miejsce pracy, a tymczasem Pskiet rysuje na zwykłej ławie. Jedynie przybornik z długopisami i ołówkami zdradza, że to miejsce, gdzie powstają jego prace. Włączam dyktafon, zadaję pytania, Waldemar Pskiet odpowiada, bez przerwy chodząc od okna do ławy. „Trochę to denerwujące” – myślę, bo czuję się jak na meczu tenisowym wodząc wzrokiem za moim rozmówcą. Ale gdy zasiada do biurka i zaczyna rysować, jest już całkowicie skupiony na pracy...

Już jako dziecko dużo rysował. Pamięta, że mama kupowała mu blok, a on brał ołówek lub kredki i na białych kartkach uwieczniał to, co widział wokół siebie, albo wymyślił. W podstawówce od razu zwrócił uwagę pań nauczycielek. Mówiły, że dostał talent od Boga. Ale dla niego to było normalne, bo przecież od zawsze coś „bazgrolił”. Owszem, przygotowywał w szkole prace na różne konkursy plastyczne, ale dziś już nie pamięta, ani na jaki temat, i ile nagród i wyróżnień zdobył. „Tyle lat już minęło, dawne czasy, nie ma co rozpamiętywać” – kwituje.

Jego trzej bracia też dobrze rysowali. Po kim czterech chłopaków miało takie zdolności, nikt w rodzinie nie wiedział. Ani rodzice, ani dziadkowie, także nikt z bocznych linii nie zawracał sobie głowy sztuką. Może gdyby znalazł się ktoś taki, Waldemar Pskiet miałby większe wsparcie w swojej pasji. Jego bracia pewnie też. Dziś tylko jeden z braci, oprócz Waldka rysuje coś dla siebie.

 

Przerwa w życiorysie

Jako nastolatek przestał rysować. Przechodził okres buntu i naporu – co innego było dla niego ważne – kumple, dziewczyny, alkohol. Rysowanie nikomu nie imponowało. Nie chciał odstawać od grupy. „Nie byłem grzecznym młodym człowiekiem” – przyznaje szczerze. – „Nie uczyłem się, choć może i skrycie marzyłem, żeby pójść do jakiejś szkoły plastycznej. Ale zacząłem popełniać różne głupstwa. Miałem zatargi z prawem. To było jak równia pochyła. W końcu trafiłem do więzienia za rozbój. Szkoda gadać. Głupi byłem. Wiem, nie da się tego wymazać z życiorysu i może są ludzie, którzy będą mi to wypominać” – opowiada.

Kiedy w końcu udało się mu wyjść na prostą, wrócił do rysowania. „Można powiedzieć, że to odciągnęło mnie od głupich wyskoków” – wyjaśnia. Coraz więcej czasu zaczął spędzać nad kartką papieru. Chodził też do MDK na kurs animatorski, po którym można było pracować w wytwórni filmów rysunkowych. Ale zajęcia się skończyły, a on wrócił do swojego dawnego rysowania. Miał kilka wystaw – w Miejskim Domu Kultury i w Domu Nauczyciela w Mińsku oraz Warszawie. Oprawiał swoje prace i nawet kilkanaście sprzedał. Tylko, że z rysowania wyżyć się nie da. Rodzina nie bardzo wspierała go w jego pasji. Musiał się wziąć do prawdziwej roboty – przecież nie powie żonie, że nie mają pieniędzy, bo on musi rysować. Zaczął pracować – na budowach, wymieniał okna, ocieplał bloki. Rysował tylko w wolnym czasie.


Długopis zamiast ołówka 

Pewnego dnia zaczął malować coś długopisem. Spodobał mu się efekt, jaki osiągnął. I tak mu już zostało, choć długopisem jest dużo trudniej rysować niż ołówkiem. Ale rysunki są ciekawsze. „Nie będę zmieniał techniki na stare lata” – mówi z przekonaniem Waldemar Pskiet. „Poza tym, niewielu ludzi rysuje długopisem. I do tego, to chyba najtańsza technika. Długopis niewiele kosztuje, a jednym można stworzyć kilka rysunków. Choć ołówek też się przydaje. Trudniejsze elementy rysunku szkicuję cieniutko ołówkiem, bo jak coś nie wyjdzie, to można zetrzeć i zacząć od początku – długopisu już się nie da tak zlikwidować” – wyjaśnia. „Rysując długopisem, trzeba mieć lekką rękę. Jeśli robi się jakiś cień, to rysuje się delikatnie, jak najlżej przyciska się obsadkę do kartki. Ale żeby uzyskać na przykład głęboką czerń, to nawet i sześć razy na krzyż trzeba malować. Trudno to idzie, ale efekt jest bardzo ciekawy” – dodaje.

Pskiet nie ma specjalnego długopisu, markowego, drogiego. Kupuje zwykłe w sklepie papierniczym. A ile zajmuje mu rysowanie jednej pracy? „Różnie – tydzień, dwa, trzy. Nie rysuję od rana do wieczora, przecież to niemożliwe. Poza tym, to nie praca na akord. I mam kłopoty ze zdrowiem. A siedzenie ciągle pochylonym nad ławą naprawdę męczy. Można powiedzieć, że teraz rysuję, kiedy najdzie mnie chęć. Kiedyś rysowałem więcej” – przyznaje.

Nr 85 str 12 Strefa sztuki Waldek rysunek 3 Waldemar Pskiet autorskich prac ma niewiele. Przeważnie kopiuje. Fascynują go grafiki Eschera, bo pokazują różne formy przestrzenne wbrew logice naszych zmysłów i matematycznemu porządkowi. Trudno się je rysuje, ale to wyjątkowa zabawa przestrzenią, architekturą, perspektywą. I bardzo intrygująca. Te prace przyciągają wzrok, zmuszają do wpatrywania się i odkrywania zupełnie nowych detali w tym, co zobaczyło się na pierwszy rzut oka. „Lubię po prostu rysować ładne rzeczy. Jak zobaczę w albumie jakąś ciekawą grafikę, zdjęcie czy obraz, to wtedy je kopiuję. Staram się jak najdokładniej, ale i tak zawsze jest w nich coś mojego – jakaś drobna zmiana. Narysuję też to, co ktoś mi zleci. Pamiętam, jak kiedyś przyszła do mnie dziewczyna, która urządzała sobie mieszkanie. Dowiedziała się, że rysuję i zamówiła kilka grafik do swojego nowego salonu” – opowiada.

Od jakiegoś czasu Waldemar Pskiet marzy o tym, aby uwiecznić na rysunkach stare drewniane domy w Mińsku, których z roku na rok ubywa. „Kiedyś nawet chciałem narysować jeden z nich, ale gdy w końcu zebrałem się, żeby go narysować, okazało się, że jest już w większości rozebrany. Muszę się więc pospieszyć” – mówi z uśmiechem.

Talent mojego rozmówcy jest oczywisty. Ludziom podobają się jego prace. Każdy docenia długopisową technikę i staranność wykonania. Wiele osób zachęca go do autorskich poszukiwań i stylu. On sam, ale to chyba efekt jego życiowych rozczarowań, trochę bagatelizuje talent, z którym się urodził. „Może gdybym od początku zajął się rysowaniem, skończył szkołę, zdobył jakieś artystyczne przygotowanie, gdybym tak na poważnie poświęcił się tej pasji, to pewnie byłbym obecnie w zupełnie innym miejscu. Teraz rysuję od czasu do czasu, ale wciąż sprawia mi to ogromną przyjemność” – zapewnia Waldemar Pskiet.

Nr 85 str 12 Strefa sztuki Waldek rysunek 4

Nr 85 str 12 Strefa sztuki Waldek rysunek 2

Nr 85 str 12 Strefa sztuki Waldek rysunek 1

Pasja do starych motocykli - wywiad z komandorem Rajdu Weteranów Szos Zbyszkiem Rutkowskim

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 85 str 10 Strefa pasji Zbyszek Rutkowski główne Miński Klub Dawnych Motocykli „Magnet” już po raz osiemnasty organizuje Mazowiecki Rajd Weteranów Szos. Co w tym roku szykują jego organizatorzy dla wielbicieli zabytkowych motocykli i pojazdów? Jakimi retronowinkami i ciekawostkami zaskoczą mińszczan i mieszkańców powiatu? Zapytaliśmy u źródła, czyli spotkaliśmy się z komandorem rajdu – Zbyszkiem Rutkowskim.

 

Klub Dawnych Motocykli Magnet (KDMM) działa w Mińsku od połowy lat 90. XX wieku. Skupia kolekcjonerów, pasjonatów i restauratorów zabytkowych pojazdów. Kiedy i jak trafiłeś do klubu? I do której z wymienionych grup się zaliczasz?

 

Zbyszek Rutkowski (Z. R.) – Do klubu trafiłem w 2005 roku dzięki koledze. Na pewno nie jestem kolekcjonerem, bo mam tylko jeden motocykl, pozostaje mi więc być po trochu pasjonatem i restauratorem (śmiech). Na początku pomagałem w przygotowaniach do rajdu. Ale z biegiem lat rósł zakres wykonywanych zadań: liczyłem punkty kontrolne na trasie, wykonywałem prace w biurze rajdu, aż zostałem jego komandorem.

 

Komandor rajdu brzmi dumnie. Jaka jest jego rola w przygotowaniu imprezy i co robi w trakcie jej trwania?

 

Z. R. – Obowiązkiem komandora jest przede wszystkim organizacja rajdu i reprezentacja klubu podczas całej imprezy. Jestem również przewodniczącym jury.

 

Co ci daje członkostwo w KDMM?

 

Z. R. – Przede wszystkim możliwość spotkania z ludźmi o podobnej pasji. A to z kolei pozwala na wymianę doświadczeń. Staramy się także jeździć na imprezy organizowane przez inne kluby weterańskie, np. w czerwcu planujemy pojechać na rajd „Rotor” do kolegów z Olsztyna, a niedawno członkowie KDMM byli na rajdzie w Garwolinie. Staramy się również brać udział w imprezach organizowanych przez różne instytucje działające w naszych okolicach, gdzie pokazujemy nasze maszyny.

 

Słyszałem, że jesteś w trakcie „robienia” swojego motocykla. Co to za model i jak trafił w twoje ręce?

 

Z. R. – To rosyjski motocykl Iż 49 z 1956 roku. Jakieś dwa lata temu kupiłem go od kolegi w kilku skrzynkach i rozpocząłem mozolny proces remontowania.

 

Co jeszcze musisz zrobić, aby móc ruszyć nim w trasę?

 

Nr 85 str 10 Strefa pasji Zbyszek Rutkowski pocztowka magnet


Z. R. – Koniec jest blisko. Pozostało jeszcze podłączyć instalację elektryczną i przeprowadzić kilka drobnych regulacji. I najważniejsze, czyli rozpocząć proces rejestracji motocykla na „żółte blachy”, czyli takie, które otrzymują zabytkowe pojazdy. I po około dwudziestu latach leżenia w skrzynkach i dwóch latach prac renowacyjnych będę mógł moim Iż 49 wyjechać w trasę.

 

Skąd u ciebie zainteresowanie dawnymi pojazdami?

 

Z. R. – Jakoś tak samo przyszło. W mojej rodzinie zawsze były jakieś pojazdy, które w dzisiejszych czasach mamy prawo nazywać zabytkowymi. Po za tym, stare auta czy motory mają swoją historię i dusze. To pasjonujące, gdy po wielu godzinach pracy odpalasz motocykl i stajesz się częścią jego historii.

 

Stare motocykle to chyba kosztowne hobby?

 

Z. R. – Raczej tak. Dlatego przy moim Iż 49 starałem się samemu zrobić jak najwięcej rzeczy. Na szczęście, są w klubie koledzy, których wiedza i umiejętności okazały się niezastąpione przy renowacji. Przy tej okazji chciałem im serdecznie podziękować za okazaną pomoc i życzliwość. Ale, niestety, nie można zrobić wszystkiego samemu w domowym garażu i część napraw trzeba było wykonać w specjalistycznych warsztatach. A to już kosztuje.

 

Marzysz o jakiejś szczególnej maszynie, którą bardzo chciałbyś mieć?

 

Z. R. – O Zundapp ks 750, czyli niemieckim motocyklu z II Wojny Światowej. To piękna, ale i droga maszyna.

 

Czy najbliżsi podzielają twoją pasję do zabytkowych jednośladów?

 

Z. R. – Pomagają, jeśli tylko jest to możliwe. I wspierają w każdy możliwy sposób. Przede wszystkim czekają na dzień pierwszej przejażdżki Iżem.

 

Masz jakieś inne pasje i zainteresowania poza dawnymi motorami?

 

Z. R. – Podróże. Staram się wyjeżdżać jak najwięcej i jak najczęściej. Szczególnie w góry, bo tam czuję się najlepiej. A najfajniej jest, gdy uda się wyjechać gdzieś na motocyklu.

 

Mazowiecki Rajd Weteranów Szos to impreza z tradycjami...

 

Z. R. – Mamy już osiemnastoletnią tradycję, a to zobowiązuje. Jest to jedna z najstarszych imprez tego typu w Polsce. Mamy nadzieję, że w tym roku będzie to Rajd międzynarodowy. Już mamy jedno zgłoszenie motocyklisty z Litwy.

 

Co nowego szykujecie na XVIII edycję rajdu?

 

Z. R. – W tym roku chcemy pokazać uczestnikom zlotu bliższe i dalsze okolice naszego miasta związane z Powstaniem Styczniowym. Nowe będzie też miejsce, w którym odbywa się miejska część rajdu, czyli plac przed Miejską Biblioteką Publiczną w Mińsku, a nie jak przez ostatnie lata, plac przed Miejskim Domem Kultury. Mamy nadzieje, że nowe miejsce przypadnie mińszczanom do gustu i przybędą równie licznie, jak w poprzednich latach. Nowości pojawią się także na trasie rajdu – szykujemy kilka niespodzianek dla uczestników. Ufam, że życzliwie się do nich odniosą.

 


 
Jakbyś zachęcił mieszkańców miasta i powiatu do tego, aby przyszli na „Magnet”?

Z. R. – Tegoroczny rajd wypada w dzień dziecka, dlatego planujemy również atrakcje dla najmłodszych miłośników zabytkowej motoryzacji. Ale znajdzie się też coś i dla starszych: wystawy historyczne, wystawa skuterów Mariana Brzezińskiego i przede wszystkim piękne, dawne motocykle uczestników rajdu. Będzie na co popatrzeć.

 

Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. z archiwum Zbyszka Rutkowskiego

strona internetowa KDMM: www.kdm-magnet.pl

 

Zbyszek Rutkowski w skrócie:

Sam o sobie – trudno powiedzieć.

Najbardziej lubię – motocykle, góry i...
Co mnie złości? – staram się nie złościć.
Największy sukces – mam nadzieję że przede mną.
Największa porażka – mam nadzieję, że już za mną.

Marzenia na przyszłość – wejść na Kilimandżaro.

Ulubione miejsca w Mińsku – miejski park przed godz. 7 rano

Nr 85 str 10 Strefa pasji Zbyszek Rutkowski Iż 1

Nr 85 str 10 Strefa pasji Zbyszek Rutkowski Iż 2.Nr 85 str 10 Strefa pasji Zbyszek Rutkowski Iż 3

 

W oparach nostalgii - wywiad z Michałem Culkiem

Ocena użytkowników:  / 2

Nr 77 str 8 Strefa odobowości michał W sobotę i niedzielę, 13 i 14 kwietnia w Miejskiej Bibliotece w Mińsku będzie można obejrzeć wystawę „Stare komputery i gry”. Rozmawiamy z jej pomysłodawcą i organizatorem Michałem Culkiem, twórcą portalu www.nostalgia.pl i członkiem Towarzystwa Przyjaciół Mińska Mazowieckiego, który ma ogromny sentyment do dawnych filmów, zabawek, komputerów, bajek...

 

Co będzie można zobaczyć na wystawie i jakie atrakcje przygotowałeś dla zwiedzających?

 

Michał Culek (M. C.) – Tytuł wystawy już sam mówi za siebie – będą więc stare komputery i nostalgia, czyli wszystkie ośmio i szesnastobitowce, przy których spędziliśmy niejedną noc grając w swoje ulubione gry. Mowa tutaj o takich komputerach, jak np. ZX Spectrum, Atari, Commodore, Amiga, a także o starych konsolach typu Nintendo, Segamega Drive. Na sprzęt nie tylko będzie można popatrzeć, ale także na nim pograć w specjalnie przygotowane gry. Oprócz tego, będzie też możliwość wzięcia udziału w dwóch konkursach. Pierwszy zaplanowałem na sobotę i będzie dotyczył znajomości komputerów oraz gier. Natomiast w niedzielę rozegrany zostanie turniej klasyków gier komputerowych, tj. „Duken Nukem”, „Worms Armageddon”, „Warcraft”, „Mario Kart” oraz „Dyna Blaster”. Zachęcam do wzięcia w nim udziału, gdyż dla zwycięzców przewidziane są nagrody.

 

Skąd te wszystkie zabytkowe komputery i gry?

 

M. C. – Żałuję, ale nie jest to zbiór należący do mnie. To kolekcja pewnych pasjonatów z okolic Jędrzejowa, którzy jeżdżą z nią po wszystkich wystawach i wydarzeniach związanych z komputerami. Zainteresowanych odsyłam na ich stronę www.dkig.pl

 

Kogo spodziewasz się na wystawie?

 

M. C. – Wszystkich :) Starsi, czyli panowie 30+ na pewno z przyjemnością powrócą do czasów swojej młodości i powspominają sprzęt, na którym namiętnie grali. Z kolei dwudziestolatki znajdą coś ze swojego dzieciństwa, grając na starych konsolach. A dzieci, które, mam nadzieję, przyjdą razem z nimi, będą mogły przyjrzeć się technice, z którą obcowali ich rodzice. Liczę jednak na jedno, że wszyscy dobrze będą się bawić grając w gry, i że powrócą wspomnienia...

 

Nr 77 str 8 Strefa odobowości michał plakat Nie boisz się, że w dobie wypasionych komputerów, realistycznych gier i telefonów komórkowych, takie Amigi czy Atari będą wzbudzały litościwy śmiech zwłaszcza u tych najmłodszych?

 

M. C. – Czasami w tej pogoni za nowinkami technicznymi człowiek się trochę gubi. A przychodząc na wystawę, będzie miał okazję zapomnieć o tym, co jest na zewnątrz i zatopić się w tym, co było kiedyś. Myślę, że komputery, które pojawią się na wystawie będą mogły wzbudzać śmiech u młodszych dzieci, wychowanych na Playstation i X-boxach, ale nie do końca. Na pewno zainteresuje ich prosta grafika, drążek do grania (joystick), taśmy magnetofonowe, dyskietki i sposób wczytywania gry.

 

Skąd u ciebie ten sentyment do dawnych filmów, zabawek, komputerów, bajek...

 

M. C. – „Dzieciństwo jest jedyną porą, która trwa w nas całe życie”. To zdanie napisane przez Ryszarda Kapuścińskiego chyba trafnie oddaje stosunek do moich upodobań. Mimo że jestem dorosły, to mam w sobie dużo z dziecka i pewnie stąd takie umiłowanie do bajek, filmów, komputerów i zabawek. Poza tym, co widać po mojej stronie i po profilu na Facebooku, nie jestem sam z tą pasją

 

Właśnie, stworzyłeś stronę nostalgia.pl. Co można na niej znaleźć?

 

M. C. – To w zasadzie taka encyklopedia multimedialna, w której staram się opisać, a także udokumentować fragmentami filmowymi, dźwiękowymi i zdjęciami programy dziecięce, seriale oraz filmy z lat 70. i 80. XX wieku, czyli to wszystko, czym żyłem ja i moi rówieśnicy.

 

Strona się podoba? Masz na nią dużo wejść?

 

M. C. – Wydaje mi się, że strona się podoba. Według statystyk, które sobie założyłem, odwiedza ją miesięcznie średnio 30-35 tys. osób. Dostaję również propozycje, abym napisał o kolejnych filmach, bajkach czy programach. Otrzymuję również uaktualnienia do rzeczy, które są już na stronie. Czasami te uaktualnienia zajmują tyle, że trzeba na nowo przerabiać całość informacji związanych z danym tytułem :)

 

Zamierzasz wprowadzić coś nowego na stronie?

 

M. C. – Przyznam szczerze, że brak czasu uniemożliwia mi w jakiś sposób rozwój strony. Staram się reklamować ją np. na Facebooku, skupiając się na datach z premier filmowych, z wydarzeń nostalgicznych, bądź z urodzin znanych osób. Od czasu do czasu zamieszczę jakieś zdjęcie przedmiotu kojarzącego się nam z dzieciństwem i w ten sposób ludzie nie zapominają o nostalgia.pl. Planowałem zmienić jeszcze wygląd strony – może na bardziej przyjazny internautom, żeby mogli dodawać swoje uwagi i komentarze oraz nowe działy – nie tylko filmy i programy dla dzieci i młodzieży, ale też, np. informacje o komputerach, grach, komiksach, piosenkach. Ale to na razie jest w sferze planów. W wolnej chwili poszukam kogoś, kto pomógłby mi postawić stronę od nowa i ją uporządkować.

 

W ubiegłym roku organizowałeś wystawę zabawek z epoki PRL-u, teraz prezentujesz stare komputery. Planujesz może jakąś kolejną nostalgiczną ekspozycję?

 

M. C. – Pomysł obecnej wystawy wpadł mi do głowy, kiedy w telewizji zobaczyłem reportaż poświęcony prezentacji starych komputerów gdzieś w Polsce. Dzięki internetowi dotarłem do jej autorów i udało mi się namówić ich na przyjazd do Mińska Mazowieckiego. Ciekaw jestem, czy ludzie kupią ten pomysł i czy będą chcieli więcej? A co będzie dalej? Skoro były zabawki, teraz są gry komputerowe, to może w następnej kolejności czas na literaturę dziecięcą z epoki PRL'u – myślałem tutaj o komiksach. Ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy :)

 

Oprac. DM, fot. z archiwum Michała Culka

 

Michał Culek w skrócie:

Sam o sobie – klasyczny rak, który zamiast chodzić do tyłu, cofa się... w przeszłość :)

Najbardziej lubię – słuchać relaksującej muzyki.

Co mnie złości? – bestialskie traktowanie psów przez ludzi.

Największy sukces – moje strony internetowe.

Największa porażka – nie doświadczyłem.

Moje marzenia to – niech pozostaną moimi marzeniami :)

Ulubione miejsca w Mińsku i okolicach – brak.

Chris Niedenthal Kwestionariusz Strefy

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 73 str 13 Kwestionariusz Chris Niedenthal Polak urodzony w Londynie. Przyjechał do rodzinnego kraju w 1973 roku i został do dzisiaj. Jeden z najbardziej cenionych fotoreporterów europejskich. Okiem aparatu dokumentował najważniejsze wydarzenia PRL-u, ale najbardziej interesowała go codzienność i „rekwizyty” ówczesnej rzeczywistości. Zdjęcie opancerzonego transportera na tle kina „Moskwa” (z reklamą filmu „Czas apokalipsy” F. F. Coppoli) w Warszawie, wykonane z ukrycia 13 grudnia 1981 r., stało się najbardziej znanym ikonograficznym symbolem stanu wojennego. Współpracował m.in.z takimi magazynami jak „Newsweek”, „Time”, „Der Spiegel”, „Geo”. Laureat nagrody World Press Photo w 1986 roku. Autor książki „Zawód fotograf” (Wydawnictwo Marginesy) oraz licznych wystaw, m.in.: „Tabu. Portrety nie portretowanych”, „Wolność jest kobietą”, „Codzienność stanu wojennego”, „Wrocław Chrisa Niedenthala. Portret miasta – sierpień 1982”. Odznaczony srebrnym medalem Gloria Artis.

„Najlepiej, choć spontanicznie, podsumował moje dotychczasowe życie zawodowe sam Lech Wałęsa. Podczas Olimpiady zimowej w Salt Lake City w 2002 roku spotkaliśmy się w trakcie jakiegoś wywiadu. Powiedział mi wtedy coś bardzo prawdziwego: Słuchaj, Chris, ty się jakoś w ogóle nie rozwijasz. Ja byłem elektrykiem, potem związkowcem, noblistą i na koniec prezydentem Polski – a ty cały czas nic tylko fotografujesz i fotografujesz – mówi Chris Niedenthal, który we wtorek, 19 lutego był gościem Miejskiej Biblioteki Publicznej w Mińsku. Na spotkaniu opowiadał o swojej pracy, wydarzeniach, w których uczestniczył oraz najważniejszych zdjęciach. A w „Strefie” odpowiada na zagadnienia z naszego kwestionariusza...

 

Data urodzenia: 21.10.1950 roku.

Znak zodiaku: Waga (a właściwie ostatni dzień Wagi. Ale czuję się pełnowartościową, choć dosyć ciężką Wagą).

Stan cywilny: przyznaję się bez bicia – żonaty.

W pracy lubię: nie wypada fotografowi zadawać tego pytania. Przecież my kochamy naszą pracę.

Zawsze poprawia mi nastrój: a good english cup of tea.

Moja najważniejsza zaleta to: jestem w miarę spokojny, ale czy jest to zaletą, to nie wiem.

Gdy wychodzę z domu, nigdy nie zapomnę o: nakarmieniu ptaszków w ogrodzie – zimą, ma się rozumieć.

Najbardziej żałuję: że w latach 70. XX wieku nie sfotografowałem pięknego ówczesnego billboardu przy drodze gdzieś we wschodniej Polsce z napisem: „Rolniku! Nie myj jaj!”.

Rankiem lubię: nie zapalać papierosa, bo nigdy nie paliłem.

Chciałbym: nie powiem.

Zawsze przed snem: też nie powiem!

Najbardziej mnie stresuje: nie powiem, bo się zdenerwuję.

Lubię, kiedy kobiety: mnie nie stresują.

Czuję zadowolenie, gdy: zaraz zaraz, przecież te dwa pytania są połączone!

Dobra fotografia: musi od razu być oczywiste, że jest dobra. A to widać.

Zawsze znajdę czas na: nic nie robienie.

Zazdroszczę: nie zazdroszczę.

Jestem dumny z: syna Filipa.

Chciałbym zmienić: to pytanie.

Moje największe dotychczasowe osiągnięcie to: poproszę o następne pytanie.

Lubię, kiedy mężczyźni: mają silny uścisk dłoni.

Mój wolny czas spędzam: trenując silny uścisk dłoni.

Niepokoję się, gdy: siła w dłoniach mi opada.

Nie umiem obyć się bez: czytania nekrologów, w wiadomo której gazecie. Nazywam te strony swoim „Fejsbukiem”.

Dreszcz emocji wywołują we mnie: właśnie dreszcze emocji.

Bawi mnie: właśnie wywołany dreszcz emocji.

Wieczorami jestem: tym samym, co rano.

Irytuje mnie: to, że nie potrafimy w Polsce prawidłowo jeździć schodami ruchomymi. Przecież cały świat wie, że stoi się po prawej stronie, a porusza się lewą. My tego nie potrafimy. A co w tym trudnego?

Chciałbym w sobie zmienić: to, że tak łatwo się zgadzam na odpowiadanie na takie pytania.

Pasjonuje mnie: jazda ruchomymi schodami.

Małżeństwo to dla mnie: prawidłowa odpowiedź powinna brzmieć: coś cudownego. Więc niech tak zostanie!

Największy wpływ wywarli na mnie: Mamusia i Tatuś, bo Babuni ani Dziadziunia nigdy nie poźnałem, a śkoda!

Moje największe marzenie to: skończyć odpowiadać na te pytania!

Imponują mi: osoby, które wymyślają takie pytania.

Szczęście to dla mnie: nie musieć odpowiadać na takie pytania.

Moja pierwsza miłość: przepraszam, czy to przesłuchanie?

Najbardziej się boję: niestety, odpowiedź będzie polityczna, a więc poważna – naszej prawicy, a tym bardziej skrajnej prawicy. Niech pamiętają, co się stało w Niemczech w latach 30. ubiegłego wieku!

Przyjaźń to dla mnie: jedna z podstaw życia.

Kłamię, gdy: a czy ja kiedykolwiek kłamię?

Zawsze wybaczam: odpowiem na to pytanie później...

 

Pytania ułożyła mo, fot. MBP