Dzisiaj jest: 20 Listopad 2018    |    Imieniny obchodzą: Edyta, Edmund, Anatol

Wirtuoz życia

Ocena użytkowników:  / 3
SłabyŚwietny 

niewidomy organista

Niezwykła osobowość, która promieniuje niesamowitym optymizmem. Jego celem jest pokazanie, że chcieć, to móc. Uczy wszystkich, że niepełnosprawność nie jest barierą w poznawaniu i doświadczaniu świata, życia i pasji. Zrobił już wiele, ale nadal drzemie w nim ogromny potencjał. Poznajcie Adama Staszczaka, 27-letniego organistę, którego możecie usłyszeć w kościele pw. Świętego Antoniego w Mińsku.


Jest Pan niewidomym muzykiem, który realizuje postawione sobie cele. Proszę powiedzieć od kiedy Pan gra? Czy organy to talent połączony z pasją czy sposób na życie? 

 

Adam Staszczak (A. S.) – Uczyłem się w szkole w Laskach i tam zacząłem grać. Potem okazało się, że mam zdolności w tym kierunku. Następnie przyszedł pomysł, aby to wykorzystać w życiu. Pomyślałem, że zostanę organistą. Skończyłem najlepszą, moim zdaniem, szkołę w Polsce, czyli Instytut Szkolenia Organistów w Warszawie. Mówi Pani – talent, ale ja uważam, że talent to tylko 15%. Reszta to dobra szkoła i ciężka praca.

 

Niewidomy UtalentowanyWiele się Pan nauczył sam. Przede wszystkim radzić sobie w życiu. Był ktoś, kto był dla Pana wsparciem, kto Pana inspirował?


A. S. – Najwięcej nauczył mnie pewien niewidomy muzyk, który powiedział mi – „jak chcesz być równo traktowany z widzącymi, to musisz być od nich lepszy”. Pokonuję więc różne trudności. Kiedyś na widok osoby niepełnosprawnej ludzie na ulicy reagowali dziwnie, nie umieli poradzić sobie z tym widokiem. Odsuwali się, uciszali dzieci kiedy pytały, co mi jest. Teraz jest zupełnie inaczej.

 

Inaczej, czyli jak? Czym powodowana jest ta zmiana? Może zmieniła się mentalność?


A. S. – Prawda jest taka, i tu powiem nieskromnie, że sam musiałem to zrobić. Pokazać ludziom, że można. Musiałem wyjść na ulicę i sobie radzić. Potrzeba było czasu i przykładu, aby udowodnić, że mogę żyć i funkcjonować. Jak by mnie poznali, gdybym siedział w domu, zależny od innych? Udało mi się otworzyć ludzi na mnie i na osoby podobne do mnie. Jeśli ktoś nie ma styczności z  niepełnosprawnymi, to się boi. Myślę, że mnie się udało pokazać i oswoić mińszczan. I bardzo się z tego cieszę. Ale powtarzam, to my niepełnosprawni musimy wyjść do ludzi, otworzyć ich na nas i nas na nich. Musimy się uczyć od siebie nawzajem. Zawsze myślałem, że to kobiety są bardziej otwarte, ale to mężczyźni chętniej pomagają.

 

Jest Pan niezwykły choćby dlatego, że postanowił się Pan się usamodzielnić. Jak na to reagowała rodzina?


A. S. – Dość wcześnie wyrwałem się z domu. Mama protestowała, bo uważała, że nie dam sobie rady. Pewnie, że nie było łatwo być samodzielnym, Bałem się, bo nie wiedziałem czy sobie poradzę. Ale dałem radę. Mam żonę i dwójkę fajnych dzieciaków. Mam pracę i mnóstwo przyjaznych osób wokół siebie. Miałem głowę, rozum i wiarę w to, co robię. Kto nie próbuje i nie ryzykuje, ten nie ma. 

 

 

Utalentowany Mińszczanin

Mieszka Pan w Mińsku od kilku lat. Jak oczami wyobraźni postrzega Pan miasto? Co Pan lubi, a co jest największym problemem?


A. S. – Przede wszystkim jest tu mnóstwo życzliwych ludzi. Zagadują, pytają, czasem nawet ktoś chce mnie uszczęśliwić na siłę i prowadzi tam, gdzie nie chcę. Ludzie czasem są nadgorliwi, ale nie o to chodzi. Rozumiem to, bo nie potrafią odpowiednio reagować. Na przykład często w pociągu ustępują mi miejsca, choć ja nie chcę siadać, ponieważ przy organach się nasiedzę (śmiech). Poza tym, nauczyłem się ulic, którymi chodzę. Wiem, gdzie i kiedy napotkam  przeszkodę. Największym problemem są słupy na środku chodnika i gałęzie drzew, które czasem ranią mi twarz. Razi mnie też brak wyobraźni kierowców, którzy parkują na chodnikach tak, że nie można przejść, a przepis mówi, że 1,5 m jest dla pieszego. Niestety, nikt tego nie respektuje. Następna sprawa to łańcuchy oddzielające chodnik od ulicy. Wystarczy, że pod taki łańcuszek wchodzi mi laska, samochód ostro skręci i mi ją łamie. Myślę, że miasto nie jest w ogóle przystosowane dla osób takich, jak ja. Chciałbym to zmienić. Może kiedyś się uda. Ale mimo wszystko podoba mi się w Mińsku.

 

A ma Pan pomysł na to, jak urbanistycznie zmienić Mińsk, żeby był bardziej przyjazny osobom niewidomym?


A. S. – Przede wszystkim powycinałbym drzewa, oczyścił chodniki. Chciałbym, aby nie było znaków drogowych na wysokości głowy. Jestem gotów zrobić coś w tym kierunku, ale sam nie mam takiej siły przebicia. Można byłoby pomyśleć o kampanii medialnej i wtedy dopiero podłączać do tego osoby aktywne. Chciałbym znaleźć takich ludzi, którzy mogą cokolwiek zrobić.

 

Poza tym, że czaruje Pan graną przez siebie muzyką, ma Pan inne zainteresowania?


A. S. – Mam. Z zawodu jestem masażystą. W Laskach skończyłem Technikum Masażu, ale sporadycznie działam w branży, ponieważ się nie opłaca. Chciałbym kiedyś mieć swój gabinet i pomagać ludziom, bo wtedy można się utrzymać i mieć satysfakcję z pracy. Jednak póki co, jest to poza moim zasięgiem, bo Mińsk jest zbyt blisko Warszawy. Tak samo z muzykami, nie ma przebicia, bo wszyscy muzycy są w stolicy.

 

Będę Pana dopingowała, aby realizował Pan zawodowe marzenia. Myślę, że warto o tym pomyśleć, ponieważ szkoda marnować takie umiejętności.


A. S. – Jeżeli tylko znajdę lokal, który nie będzie pochłaniał wszystkich dochodów, to być może zrealizuję się zawodowo. Proszę mi czasem o tym przypominać i dopingować. Mam umiejętność odbioru dotykiem, mam sprawne ręce do grania, więc może przydam się w Mińsku również jako masażysta. Jest jeszcze jedna rzecz, o której muszę wspomnieć. Kiedyś pływałem wyczynowo. Byłem wicemistrzem Polski stylem grzbietowym.

 

Pływa Pan nadal?


A. S. – Przy dwójce dzieci jest tyle pracy, że nie mam czasu wyjść na basen. Nigdy nie byłem w naszym miejskim Aquaparku. Chciałbym bardzo, ale może, jak dzieci podrosną będę miał więcej czasu na to, żeby pójść sobie popływać.

 

Jakie ma Pan marzenia?


A. S. – Chciałbym wybudować dom dla rodziny, ale jestem realistą i wiem, że to bardzo odległe plany.

 

I dlatego może warto pomyśleć o prywatnej praktyce masażysty? Przecież jest Pan najlepszym przykładem na to, że nigdy nie jest za późno na realizację życiowych celów.


A. S. – Namówiła mnie Pani, naprawdę poważnie się nad tym zastanowię. Przecież jestem jeszcze młody i mogę coś zrobić dla siebie i innych.

 

A co uważa Pan za swoje największe osiągnięcie? Z czego jest Pan najbardziej dumny?


A. S. – Moim największym osiągnięciem jest rodzina. Dumny jestem ze swojej samodzielności i tego, iż udowodniłem, że można, choć mam poczucie, że mogę jeszcze więcej. Uważam, że to mój społeczny obowiązek.

 

Rozmawiała Ewelina Oberzig, fot. archiwum domowe

You have no rights to post comments