Dzisiaj jest: 18 Sierpień 2017    |    Imieniny obchodzą: Helena, Ilona, Bogusław

„Reminiscencje Katyńskie” wg uczniów z GM1

Ocena użytkowników:  / 4

Nr 81 str 14 Strefa młodych GM 1 Uczniowie z Gimnazjum Miejskiego nr 1 im. gen. Andersa przygotowali na tegoroczne obchody Dnia Katyńskiego w Mińsku przejmujący spektakl „Reminiscencje Katyńskie”. Każdy, kto widział to przedstawienie nie miał wątpliwości, że młodzi ludzie wspólnie stworzyli coś wyjątkowego, dlatego poprosiliśmy ich, aby opowiedzieli o tym w „Strefie”...

 

Karina Sobotka, klasa IIIb, śpiew, gitara, pianino

Nasze próby wyglądały całkiem inaczej niż cały spektakl. Na nich nie czuło się podniosłego nastroju czy powagi. Wielokrotnie było bardzo wesoło. Dopiero w czasie występu zdałam sobie sprawę, dla kogo i w jakim imieniu to robimy. Nie musiałam starać się być poważna. Po prostu moja podświadomość zareagowała sama. Do występu przygotowywaliśmy się kilka tygodni. Parę piosenek opracowałam ze słuchu na gitarze, a tę końcową nagrałam z pomocą mojego taty. Czasem zostawaliśmy całymi dniami w szkole, by wszystko jak najlepiej dopracować. Niedługo przed występem miałam duże wątpliwości, czy nam wyjdzie. Bałam się, a nawet załamałam. Ale z pomocą kolegów i pani Dąbrowy uwierzyłam, że uda nam się przekazać to, co najważniejsze.

 

Wiktoria Pereyma, klasa Ic, pianino

Ten spektakl był naszym hołdem dla Polaków zamordowanych w lasach katyńskich. Odczuwałam tajemniczą atmosferę. Mój akompaniament starałam się zagrać jak najlepiej. Grając, czułam, że gdzieś tam krążą dusze polskich oficerów. Dzięki temu, że wystąpiłam w czasie tej uroczystości, nabrałam więcej pewności siebie, stałam się bardziej odważna i zdecydowania na co dzień.

 

Tomasz Osica, klasa IIb, śpiew, perkusja

Dla mnie wzięcie udziału w spektaklu było ogromnym przeżyciem, którego nigdy nie zapomnę. Bardzo mi zależało, aby wypaść jak najlepiej, ponieważ gdy dowiedziałem się, że mogę wystąpić dla miasta i przypomnieć ludziom o zbrodni katyńskiej, poczułem się wyróżniony. Każde słowo w śpiewanych przeze mnie pieśniach było, jak znicz zapalony dla chwały i pamięci zamordowanych oficerów. Próby do spektaklu przebiegały różnie. Były dni lepsze i gorsze. Po pewnym czasie byliśmy tymi żmudnymi przygotowaniami już zmęczeni. Najbardziej zależało nam na przekazaniu emocji, które towarzyszyły pomordowanym, dlatego staraliśmy się przygotować całe przedsięwzięcie z wielką dbałością o szczegóły. Praca z moimi kolegami ze szkoły sprawiła, że zawiązały się pomiędzy nami jeszcze mocniejsze więzi przyjaźni.

 

Grzegorz Ulman, klasa IIIb, gitara

Zdecydowałem się wziąć udział w tym przedstawieniu, ponieważ uważam, że tym ludziom należy się pamięć. Dodatkową zachętą była możliwość realizacji projektu edukacyjnego :) Próby były ciężkie, choć nie obeszło się bez wielu śmiesznych sytuacji i wpadek językowych. Przez ostatnie dni graliśmy po 4-5 godzin, co wcale nie jest takie łatwe. Jednak wszystkim nam zależało, na jak najlepszym efekcie końcowym.

 

Jakub Araszkiewicz, klasa IIb, gitara

Moim zdaniem, nasze przedstawienie wypadło bardzo dobrze i jestem dumny z siebie i kolegów. Moja przygoda z tą grupą zaczęła się od jednej z piosenek, którą wcześniej razem z Tomkiem Osicą przygotowaliśmy na przegląd piosenki patriotycznej. Dowiedziała się o niej pani Dąbrowa, która zaproponowała nam udział w spektaklu. Gdy już utworzyliśmy, tzw. grupę muzyczną, dostaliśmy do wyboru kilka nowych utworów o tematyce katyńskiej. Do wielu z nich nie było nut, więc musieliśmy grać ze słuchu. Tutaj nieoceniona okazała się Karina. Pewnego dnia w ciągu czterech godzin udało nam się przygotować aż 4 utwory. Potem opracowywaliśmy kolejne. Jeżeli pojawiały się jakieś spory, to były to raczej twórcze starcia, w wyniku których piosenki stawały się jeszcze lepsze.

 

Piotr Wronka, klasa IIb, lektor

Do przedstawienia zgłosiłem się na ochotnika, gdy dowiedziałem się, że pani Dąbrowa potrzebuje męskich głosów. W czasie prób czułem się bardzo dobrze. Starałem się brać pod uwagę wskazówki nauczycielek i dużo pracowałem, ale i tak denerwowałem się przed występem.

 

Damian Kaczmarek, klasa IIb, lektor

Najtrudniejszym zadaniem było dla mnie czytanie słów oficerów, których dzisiejsza młodzież już raczej nie używa. Reszta to czysta przyjemność. Podczas prób chyba nikt z nas nie myślał o występie. Podchodziliśmy do tego raczej na luzie, jednak 12 kwietnia, chwilę przed godziną 20, każdemu serce stanęło w gardle. Jednak mimo drobnych problemów technicznych, przedstawienie wywarło na ludziach duże wrażenie.

 

Tomasz Michalski, klasa IIIb, lektor

Początkowo byłem do tego przedsięwzięcia nastawiony sceptycznie. Jednak z czasem wczułem się w losy bohaterów i zobaczyłem sens pokazania ich na scenie. W trakcie spektaklu nawet zapomniałem o publiczności, bo moim umysłem zawładnęły wydarzenia z tamtych tragicznych dni.

Nie spodziewałem się aż tak pozytywnego i życzliwego odbioru naszej pracy przez publiczność. Cieszę się, że udało nam się rozbudzić emocje, skłonić do przemyśleń – o to w tym wszystkim chodziło.

 

Kamil Kulewski, klasa IIIb, lektor

Na „casting” zgłosiłem się z ciekawości. Chciałem zobaczyć, co wyniknie z poruszenia naszych nauczycielek, które już od kilku dni opowiadały, że dostaliśmy propozycję przygotowania spektaklu z okazji 73. rocznicy zbrodni katyńskiej i dzieliły się z nami swoimi pomysłami, pytając, co o nich sądzimy. Wiedziałem już wcześniej, czym była zbrodnia katyńska, ale dzięki pracy nad spektaklem poznałem emocje towarzyszące pomordowanych Polakom.

 

Jakub Jurek, klasa IIB, lektor

Na początku trudno mi było wyćwiczyć odpowiedni styl czytania tekstu, który miał oddawać niepewność i strach ludzi zamordowanych w Katyniu. Ćwiczyliśmy dużo i często – w salach lekcyjnych lub na dworze. Na początku zależało mi głównie tylko na dobrych ocenach i zaliczeniu projektu edukacyjnego, jednak z czasem wczułem się w klimat tamtych wydarzeń, dzięki czemu zrozumiałem, jakie cierpienia przeżywali ówcześni ludzie.

 

Karol Kołodziejczyk, klasa IIB, lektor

Właściwie miałem należeć, do tzw. grupy technicznej, pomagającej przy obsłudze spektaklu, ale okazało się, że brakuje lektorów i pani Dąbrowa zaprosiła mnie na próbę. Nie miałem nic do stracenia, więc przyszedłem i… zostałem na dłużej, bo spodobał się mój głos. Zaczęły się codzienne spotkania, lecz nikogo z nas to nie nudziło. Przed występem byłem zestresowany, ale jak już wyszedłem na scenę, to stres minął.

 

Jakub Piasecki, klasa IIb, lektor

Gdy usłyszałem o możliwości wystąpienia w takiej uroczystości, pomyślałem: „Czemu nie?”. Na początku bałem się trochę, nie wiedziałem, co to będzie, jak ludzie będą się zachowywać. Było dużo prób i przygotowań, z czego się bardzo cieszę, bo mogliśmy zgrać się jako zespół i dobrze przygotować. Oczywiście było też trochę krzyku i zamieszania, ale to było efektem naszych trudności z utrzymaniem dyscypliny. Moja rola polegała na wyjściu z tłumu i powiedzeniu przez megafon kilku zdań. Dopiero po ostatnim słowie opuściły mnie nerwy i stres. Ucieszyłem się, że nasz występ bardzo się ludziom spodobał.

 

Karol Kurek, klasa IIIB, recytator

Na początku byłem nastawiony do pomysłu przedstawienia z dużą rezerwą, lecz widząc zaangażowanie całego zespołu, ucieszyłem się, że dostałem szansę udziału w tym spektaklu. Przyznam się, że zrobiłem to w dużej mierze ze względu na dodatkowy wpis na świadectwie, gdyż w tym roku kończę naukę w gimnazjum. Ale praca, którą wykonałem, nauczyła mnie dużej pokory oraz szacunku do historii.

 

Kamil Garbacz, klasa IIIb, recytator

Próby okazały się wesołe szczególnie, gdy zdarzały nam się wpadki językowe. Pani Magda denerwowała się na nas czasem, że nie jesteśmy skupieni, że rozmawiamy, albo że nie słuchamy muzyki, na tle której mieliśmy recytować, ale wiem, że w głębi duszy była bardzo zadowolona z naszej pracy i zaangażowania. Po przedstawieniu wszyscy nam gratulowali i mówili, że bardzo im się podobało. Nasi znajomi byli bardzo wzruszeni i mimo że nie dopisała nam pogoda, publiczność zgodnie twierdziła, że deszcz dodał nastrojowości i tajemniczości opowiadanej przez nas historii. Było świetnie!

 

Karol Wyszyński, klasa IIIb, recytator

Zdecydowałem się wystąpić w tym przedstawieniu, ponieważ czułem, że mogę dać coś od siebie. Próby były długie i monotonne, bo polegały na wielokrotnych powtórkach. Przed występem nie czułem stresu. Nerwy pojawiły się, gdy nadchodził czas mojego wyjścia, ale starałem się je opanować. Po przedstawieniu byłem bardzo szczęśliwy.

 

Pomysłodawczyniami „Reminiscencji katyńskich” były Magdalena Dąbrowa, nauczycielka polskiego i Małgorzata Roguska, nauczycielka historii i WOS w GM1.

 

Małgorzata Roguska

Przygotowanie takiej uroczystości to wielkie wyzwanie zarówno dla uczniów, jak i nauczycieli, wymagające znacznej ilości czasu na opracowanie scenariusza i jego realizację. Udało się nam stworzyć ekipę, która z ogromnym zaangażowaniem podjęła się realizacji zadania. Mogliśmy także liczyć na szczególne wsparcie dyrekcji naszej szkoły oraz wielu innych osób, m.in. dyrektora Muzeum Ziemi Mińskiej Leszka Celeja, dyrektora Miejskiej Szkoły Artystycznej Wenantego Domagały, dyrektora MOSiR Roberta Smugi, dyrektor przedszkola nr 3 Ewy Antosiewicz, Danuty Rogala, pracowncy przedszkola nr 3, a także nauczycieli naszej szkoły, naszych absolwentów, uczniów i ich rodziców. Składamy im serdeczne podziękowania. Ale na szczególną uwagę zasługuje zbudowanie silnych więzi między wszystkimi uczestnikami przedsięwzięcia oraz poczucia współodpowiedzialności za przygotowanie imprezy. Z okazji uroczystości katyńskich ukazało się specjalne wydanie szkolnej „Gim-zetki”. Prace nad publikacją pogłębiły wiedzę historyczną uczniów, zapoznały z profesjonalnym przygotowaniem materiałów do druku, przyniosły także wiele satysfakcji i uznania. To także ogromna zasługa niezwykle uzdolnionej plastycznie Olgi Konowrockiej, uczennicy klasy IIIb, której trzy rysunki zostały zamieszczone w „Gim-zetce”.

 

Magdalena Dąbrowa

W przygotowania do spektaklu włożyliśmy dużo trudu, czasu, energii, ale przede wszystkim serca.

Już podczas pracy nad scenariuszem założyłam, że chciałabym pokazać tragedię z perspektywy pojedynczego człowieka. Suche fakty i liczby, nawet te dotyczące ilości ofiar konfliktów zbrojnych, nie robią już niestety na ludziach wrażenia. Łatwiej nam identyfikować się z losem męża, narzeczonego czy ojca. Stąd wziął się pomysł na fragmenty listów i pamiętników. Jednocześnie nakładające się w czasie przedstawienia głosy oficerów, urywane zdania, tempo i szybki rytm miały symbolizować, że tych historii było tak wiele, bo ponad 20 tysięcy, a uwięzieni w obozach do końca nie znali swojego losu. Zależało nam również na tym, aby nie był to typowa akademia „ku czci”. Chcieliśmy przywołać pamięć o zbrodni katyńskiej oczami młodych ludzi. Stąd wybór piosenek – utworów współczesnych, kameralnych, ale i rockowych, mocniejszych, w których nasi uczniowie czuli się znakomicie i których słowa rozumieli. Najdłużej pracowałam właśnie z tzw. grupą muzyczną, której członkowie – Karina Sobotka i Tomasz Osica odegrali ogromną rolę w przygotowaniu całego spektaklu. Gdyby nie ich pasja i zaangażowanie, scenariusz nie wyszedłby poza fazę projektu. Jestem pod wrażeniem ich ciężkiej pracy, zaangażowania i tego, że robili wszystko, aby piosenki, z których nie chciałam zrezygnować, znalazły się w spektaklu, żeby zostały odpowiednio zinterpretowane i zagrane.

Próby były trudne i długie, tym bardziej, że praca ze mną nie należy do najłatwiejszych, bo analizuję każdy szczegół, a i młodzi często pokazywali pazurki. Towarzyszyły nam skrajne emocje, spieraliśmy się o interpretację tekstu, o każde słowo i każdą nutę, ale to był bardzo twórczy i efektywny czas. Jednak mimo tych trudności, chwil zwątpienia, zmęczenia, także braku snu, uważam, że nasi uczniowie przeszli szkołę życia i dużo się dzięki temu nauczyli, także o samych sobie. Wiele zyskaliśmy dzięki wspólnej pracy. Udało nam się wspólnie osiągnąć cel, który założyłam sobie podczas pracy nad scenariuszem – wzruszyć ludzi, wpłynąć na ich zmysły, poruszyć, zaskoczyć, nikogo nie pozostawić obojętnym. A to jest wielka sztuka.

Nieoceniona okazała się również pomoc, tzw. ekipy technicznej, którą również tworzyli nasi uczniowie. Działali szybko, sprawnie i skutecznie. Gdyby nie oni, nie udałoby nam się tak wszystkiego zorganizować.

Rzadko bywam zadowolona z tego, co robię. Zawsze mam uczucie niedosytu. Ale tym razem jestem dumna ze wszystkich i wszystkiego. Niczego bym nie zmieniła, niczego bym nie poprawiła, nikogo bym nie wymieniła. Nasze przedstawienie uważam za jeden ze swoich największych sukcesów zawodowych. Praca z tą młodzieżą to była duża frajda i piękna przygoda.  

Nauka odwagi

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 80 str 14 Strefa historii nauka odwagi To był dzień, który na zawsze utkwił mi w pamięci. Czas, kiedy nie zaczynało się szkoły, ale walkę o wolność. Nie znając smaku wojny, cieszyłam się, że idę do nowo pobudowanej szkoły, która mieściła się przy ulicy Kwiatkowej w Mińsku (obecnie ulica Kopernika).

 

Gdy mama powiedziała mi, że przez wojnę nie rozpocznę kolejnego roku nauki, poczułam się oszukana – przecież nauczyciele przez wiele lat mówili nam o konieczność nauki, która poprowadzi nasz kraj do lepszego życia. Nie myśląc zbyt wiele, poszłam do swojego pokoju rozebrać się z białej koszuli i granatowej spódnicy do kolan, które prasowałam z taką pieczołowitością dzień wcześniej.

 

Późnym popołudniem, gdy poszłam pod szkołę, spotkałam moją najlepszą koleżankę Julię.

– Co się dzieje? – zapytałam ją wprost.

– Rozmawiałam z panem Jaworskim, wycofają nam kilka przedmiotów – odpowiedziała Julia.

– Jak to wycofają? – drążyłam.

– Nie wiem – odparła. – Wiem tylko, że lekko nie będzie. Musze już iść, mama na mnie czeka. Cześć.

 

Wracałam do domu z wieloma pytaniami bez odpowiedzi: co się stanie, jeśli przez wojnę nie dokończę edukacji? Czy mam szanse przeżyć? Skąd się biorą te wszystkie okrucieństwa? Do czego człowiek jest zdolny, aby dostać się do władzy i pieniędzy? Kiedy przyszłam do domu, dowiedziałam się, że mój ojciec dostał kartę mobilizacyjną i musi się stawić w jednostce wojskowej. Obiecał mi i mamie, że powróci cały i zdrowy. Późnym wieczorem wyjechał do Warszawy.

 

Wojna zmieniła oblicze mojego miasta i jego mieszkańców. Widać było strach w ludzkich oczach i panikę. Niemieckie czołgi przejeżdżały przez Mińsk. Mama kazała mi zostać w domu, ale widziałam dobrze z mojego okna, co okupanci robili z ludźmi – brak szacunku do drugiego człowieka można było dostrzec ze strony Niemców wobec Polaków. Przez moje ściany dobrze było słychać wrogość nazistów i przerażenie bezbronnych osób. Krzyki nie pozwoliły mi wykonywać codziennych prac. Popielate włosy i zielone, zmęczone oczy matki straciły blask. Nie rozumiałam tylko jednego, dlaczego cierpią niewinni ludzie, którzy żyją zgodnie ze swoją wiarą. W Mińsku mieszkała dość duża społeczność żydowska, która padła ofiarą prześladowań. Dużo się słyszało, że Judaiści korzystają z pomocy mińszczan i ukrywają się u katolików, niestety, nie dla wszystkich wystarczało miejsca. Ludność żydowska była przez Niemców traktowana i tępiona jak robactwo.

 

Jakiś czas później dowiedziałam się od Julki, że „komplety” z historii, geografii i literatury polskiej podlegają Powiatowej Komisji Oświaty i Kultury. Ale dostałam też dobrą wiadomość o tym, że rozpoczyna się tajne nauczanie w domu pana Jaworskiego. Oczywiście nasi nauczyciele z Kopernika rozpoczęli działanie w Tajnej Organizacji Nauczycielskiej. Te informacje sprawiły, że na mojej twarzy pojawił się uśmiech – jak to dobrze, że mogę kontynuować naukę. Niestety czułam nacisk i niepewność, skoro było wiadomo o konsekwencjach takiego postępowania – przecież narażałam swoją matkę! A branie na siebie odpowiedzialności za jej życie byłoby absurdem. Dlatego opowiedziałam Julce o moich wątpliwościach i nadziei na lepsze jutro. Przyjaciółka bez wahania zaprzeczyła moim złym myślom i powiedziała: „Skoro nie możesz walczyć o wolność, walcz o kulturę ojczyzny”. Po tych słowach znów się uśmiechnęłam. Odprowadzając przyjaciółkę do domu, dowiedziałam się dokładnie, gdzie i kiedy odbędą się moje nowe zajęcia.

 

Pan Jaworski mieszkał w domu przy alei Sienickiej, niedaleko głównej drogi mojego miasta, czyli ulicy Warszawskiej. Wiele osób nie zdawało sobie sprawy, co przeżywa moje miasto – idąc, czułam jak ucieka z niego życie. Domy już nie były takie same, one płakały ze smutku. Nawet w parku nie było widać ludzi, którzy zbierają kasztany czy złote liście klonu. Matki bały się wypuścić swoje dzieci z mieszkań, ponieważ bardzo martwiły się o nie. Jedyne, co nie umarło w Mińsku, to ludzka miłość, która pokonywała najczarniejsze scenariusze śmierci.

 

Wstałam wczesnym rankiem, aby zdążyć na pierwszą lekcję. Nie myśląc za dużo nad sprawami wojennymi, poszłam na zajęcia. Kiedy weszłam do mieszkania pana Jaworskiego, nie widziałam nikogo z mojej poprzedniej klasy – były tam osoby ze starszych roczników, które serdecznie powitały mnie na zajęciach. Usiadłam na dywanie po turecku i czekałam na rozpoczęcie lekcji. Kiedy przyszedł pan Jaworski, zaczęliśmy omawiać „Krzyżaków” Henryka Sienkiewicza, a także mówiliśmy o porażce, jaką ponieśli Niemcy w 1410 roku. Na przerwie, podczas rozmowy z Julką, podszedł do nas o dwa lata starszy niebieskooki, wysoki blondyn.

– Cześć dziewczyny, jestem Stefan – przedstawił się. – Słyszałyście o sabotażu? – zapytał od razu.

– Jakim sabotażu? – spytałyśmy zaskoczone.

– Pomagamy odzyskać Polskę.

Spojrzałyśmy na niego zdziwione – bałyśmy się wychodzić z domu, a on nam mówi o sabotażu!

– Codziennie o godzinie 17 spotykamy się przy ulicy Piłsudskiego. Jeśli macie kreskę artystyczną, to zapraszamy. Dziś malujemy – wyjaśnił Stefan.

 

Przyjęłyśmy zaproszenie, nie obiecując, że przyjdziemy. Poświęciłyśmy dużo czasu na przemyślenie propozycji starszego kolegi. Julka bardzo chciała iść, nie tylko ze względów patriotycznych, ale także dlatego, że spodobał jej się Stefan. Pod koniec zajęć postanowiłyśmy, że pójdziemy, bo w końcu czas pokazać, że zależy nam na wolnej ojczyźnie. Wyszłam z domu, mówiąc mamie o sabotażu – mama nie była za bardzo zadowolona, w końcu jej jedynej córce może grozić śmierć. Obiecując, że nic mi się nie stanie, wyszłam na miasto. Kiedy doszłam w miejsce, o którym mówił Stefan, zobaczyłam sporą grupkę osób: sześć dziewczyn i pięciu chłopców. Nie staliśmy długo, każdy dostał białą farbę i pędzel oraz krótką instrukcję, co rysować. Była to akcja V, aby przypomnieć Niemcom o klęsce pod Stalingradem. Po godzina 19 wszystko się skończyło. A Stefan odprowadził nas do domu, bo było już ciemno. Kiedy mama przez okno zauważyła mnie ze Stefanem, zaprosiła go na herbatę, ale odmówił. Dziwny charakter, miał duszę wojownika, ale był też wrażliwy i odpowiedzialny.

 

Następnego dnia, idąc na tajne lekcje, z daleka zauważyłam dym unoszący się nad szkolnym boiskiem. Kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam tłum ludzi stojących wokół miejsca, w którym płonął ogień. Okazało się, że władze niemieckie znalazły książki ukryte na posesji pana Alfreda Karwowskiego. Każdy wiedział o zakazie posiadania literatury w języku polskim. Co nie znaczyło, że każdy tej reguły przestrzegał. Właśnie dlatego, książki zostały demonstracyjnie spalone na podwórku. Tłum był tak gęsty, że wśród ogólnego zamieszania, udało mi się zabrać kilka woluminów ze stosu przeznaczonego do spalenia. Nie miałam jednak gdzie ich ukryć. Wtedy pojawił się Stefan. Nie było czasu na rozmowy. Brałam podręczniki, podając mu je po kolei, a on chował je w pobliskich krzakach.

 

Gdy zapadł zmrok i ognisko dogasało, ludzie się rozeszli. Wtedy już nic nie stało na przeszkodzie, by przenieś książki w bezpieczniejsze miejsce. Niestety, nasza radość była przedwczesna, ponieważ zupełnie zapomnieliśmy o trwającej już godzinie policyjnej. Zaczęliśmy iść w kierunku domu naszego nauczyciela, kiedy nagle zostaliśmy zauważeni przez policyjny patrol. Dwóch funkcjonariuszy biegło w naszym kierunku, a my, obładowani książkami, zaczęliśmy uciekać.

– Biegnij ciągle prosto – powiedział zdyszany Stefan, po czym skręcił w wąską uliczkę.

Nie było czasu na zastanawianie, biegłam przed siebie ile sił w nogach. Kilka z pobliskich latarni zgasło. Ulica pogrążyła się w mroku, lecz pościg trwał dalej. Nagle ktoś mocno złapał mnie za ramię. Chciałam krzyknąć, ale czyjaś ręka zasłoniła mi usta. Siła pociągnięcia popchnęła mnie ku najbliższej klatce kamienicy. Gdy drzwi zatrzasnęły się za nami, próbowałam się wyrwać, ale bezskutecznie. Straciłam równowagę i upadłam prosto na swojego przeciwnika. Okazało się, że był to Stefan.

– Oszalałeś? – wyszeptałam z trudem łapiąc oddech.

On jednak przyłożył tylko palec do ust, nakazując, abym nic nie mówiła. Za chwilę usłyszałam odgłosy za drzwiami. Byli to policjanci, którzy nas gonili. Krzyczeli coś do siebie. Na szczęście minęli naszą klatkę i pobiegli dalej. Byliśmy bezpieczni.

– Spokojnie Halinko, już po wszystkim – uspokajał mnie Stefan.

Odetchnęłam z ulgą, ale zdałam sobie sprawę, że od mojego domu dzieli mnie pół miasta. W drodze do niego mogłabym spotkać dwa razy więcej takich patroli jak ten, który jeszcze kilka minut temu deptał nam po piętach.

– Co teraz? – spytałam.

– Chodźmy do mnie, mieszkam dwa domy dalej. A ciebie, droga Halinko, odprowadzę jutro z samego rana – zapewnił Stefan. Nie było innego wyjścia, szkoda tylko, że mama przez całą noc będzie tak bardzo się denerwować...

 

Historia ta wydarzyła się naprawdę. Dowiedziałam się o niej ze znalezionego na strychu pamiętnika Haliny Patolety, mojej babci, mieszkanki Mińska Mazowieckiego.

 

Tekst: Natalia Safaryn, uczennica klasy Vg Szkoły Podstawowej nr 2 im. Dąbrówki w Mińsku Mazowieckim, praca w konkursie „Cichy bohater”.

 

Weź udział w konkursie „Cichy bohater”

Gimnazjum Miejskie nr 1 im. Gen. Władysława Andersa w Mińsku zaprasza uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych z terenu miasta oraz placówek zrzeszonych w ogólnopolskim Stowarzyszeniu Szkół i Organizacji Monte Cassino do udziału w VI edycji Konkursu „Cichy bohater” pod hasłem „Rodzinna lekcja historii”.

Prace wraz z kartą zgłoszeniową przyjmowane będą do 30 kwietnia w sekretariacie Zespołu Szkół Miejskich nr 1 w Mińsku przy ul. Kopernika 9. Zadaniem uczniów jest opisanie takiego wydarzenia, spotkania, dnia, podczas którego oni sami dowiedzieli się od rodziców, dziadków czy innych osób faktów związanych z naszą Ojczyzną okresu II wojny światowej, jak również bezpośrednio z tym czasem związanych. Uczestnicy konkursu możliwie szczegółowo (data, miejsce, osoby, poznane fakty historyczne) muszą przedstawić w sposób innowacyjny i oryginalny zagadnienie konkursowe. Konkurs obejmuje dwie kategorie: literaturę, np. opowiadanie, dziennik, list (konieczny zapis na płycie CD) i twórczość multimedialną, np. film lub prezentację multimedialną (zapisane na płycie CD lub DVD). Prace oceniane będą w trzech grupach wiekowych: klasy I-III szkoły podstawowej, klasy IV-VI szkoły podstawowej i gimnazja. Nadesłane na konkurs materiały nie mogą być wcześniej publikowane. Koordynatorem konkursu jest Hanna Wielgołaska (tel. 25 758 21 22 lub 603 258 624). Szczegółowe zasady i regulamin znajdują się na stronie internetowej www.gm1minskmazowiecki.szkolnastrona.pl w zakładce konkursy.

Oprac. na podst. mat. ZS nr 1

Wspomnienia o moim dziadku - "Cichy bohater"

Ocena użytkowników:  / 3

Nr 79 str 14 Strefa historii Jesteśmy młodzi, uśmiechnięci. Przed nami całe życie. Mamy ambitne plany, marzenia. Wierzymy w to, że możemy podbić całą kulę ziemską. Do naszej dyspozycji są samochody, komputery, telefony komórkowe. Jesteśmy przekonani, że nasz świat zawsze będzie piękny i kolorowy. Niemal nigdy nie zastanawiamy się nad tym, czy zawsze taki był, czy nasi poprzednicy byli podobni do nas? Mało interesuje nas historia, a takie pojęcia jak: ojczyzna, patriotyzm, poświęcenie znamy jedynie z podręczników i filmów.

 

Może warto zastanowić się, dlaczego tacy jesteśmy? Kto ukształtował naszą teraźniejszość? Jako nastolatkowie znamy trochę historię II wojny światowej, ale jest ona dla nas obca i odległa. Dlatego tak bardzo chciałam wziąć udział w konkursie o cichym bohaterze II wojny światowej. Szukałam wśród znajomych osób, które znałyby kogoś, kto wtedy walczył, odznaczył się bohaterstwem. Ale nie znalazłam. Poddałam się i doszłam do wniosku, że nic z tego nie będzie. W czasie któregoś weekendu okrutnie się nudziłam. Zaczęłam przeglądać domowe dokumenty i natknęłam się na teczkę z napisem „Akta IPN”. Były w niej informacje poświęcone mojemu dziadkowi – Antoniemu Gołdzie. Nie znałam go – zmarł, gdy miałam 5 dni. Na jednej z pierwszych stron jakiś funkcjonariusz SB napisał, że jest to: „człowiek o niepewnej przeszłości, w czasie drugiej wojny światowej związany z AK”.

 

Zastanowiło mnie to. A może to jest właśnie ta osoba, której szukam? Zaczęłam zbierać wszystkie informacje na jego temat, które znajdowały się w domu. Znalazłam fragmenty pamiętników dziadka, napisane odręcznie i bardzo niewyraźnie na skrawkach papieru. Dowiedziałam się z nich, że urodził się 10 listopada 1925 roku w małej wsi Niebieszczany w okolicach Sanoka, jako drugie dziecko Anieli z domu Błaszczak. W momencie wybuchu II wojny światowej miał niecałe14 lat. We swoich wspomnieniach opisywał, że był zwykłym wiejskim chłopakiem. Uwielbiał szwendać się po górach, grać w piłkę, spotykać z przyjaciółmi. Natomiast nie znosił prac domowych. Jedynie pasanie krów sprawiało mu przyjemność, bo mógł wtedy czytać książki. Fascynowała go poezja Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego. Dużą radość sprawiała mu nauka w szkole. Był bardzo dobrym uczniem.

 

Pod koniec sierpnia 1939 roku miał już dosyć wakacji. Podobnie jak jego koledzy, przygotowywał się do rozpoczęcia nauki w gimnazjum w Sanoku. Do szkoły jednak nie poszedł. O wybuchu wojny dowiedział się rankiem 1 września. Z początku nie przejął się wcale tą informacją. Dopiero panika najbliższych uświadomiła mu, że dzieje się coś niedobrego. Matka zaczęła pakować najpotrzebniejsze rzeczy i, jak sąsiedzi, chciała uciekać do lasu. Ale uspokoili ją polscy żołnierze, którzy dokonywali poboru mężczyzn i chłopców do wojska. Powiedzieli, że nie ma się co martwić, bo to nie potrwa długo. Tymczasem, 9 września wieś zajęły oddziały niemieckie i rozpoczął się okres okupacji hitlerowskiej. Niebieszczany znalazły się w granicach Generalnego Gubernatorstwa i do 22 czerwca 1941 r. były terenem przygranicznym, gdyż wzdłuż Sanu przebiegała granica państwowa pomiędzy Generalnym Gubernatorstwem, a Związkiem Radzieckim. Władzę w okupowanym powiecie objął dr Albert Schaar, a po nim dr Alfred Class i dr Johann Anton Hoffstetler. Rozpoczęła się eksterminacja ludności związana z terrorem, aresztowaniami, wywózkami do obozów w Rzeszy i egzekucjami. Szczególnie ciężka stała się sytuacja ludności żydowskiej, stanowiącej ok. 30% mieszkańców powiatu sanockiego. Żydzi zostali zmuszeni do noszenia opasek z gwiazdą Dawida i do wykonywania prac porządkowych, następnie odizolowano ich w getcie. Wybuch wojny zaostrzył też konflikt polsko-ukraiński, gdyż hitlerowcy, prowadząc antypolską politykę, wspierali ukraińskich nacjonalistów.

 

Mimo trudnej sytuacji, od początku okupacji rodził się zorganizowany opór. W grudniu 1939 r. powstały zalążki wojskowej konspiracji antyhitlerowskiej, z której rozwinęły się oddziały Związku Walki Zbrojnej. Pierwsze działania organizacyjne podjął już w grudniu 1939 r. kpt. „Czarny”, a od wiosny 1940 r. Aleksander Rybicki ps. „Spytek”. Organizował on trasy kurierskie na Węgry dla ochotników przedzierających się do wojska gen. Sikorskiego. Mój dziadek opisuje, jak do jego domu przychodzili partyzanci prosząc o żywność i wsparcie. Czasami spał u nich ktoś, kto chciał uciec z kraju. Wśród partyzantów często byli chłopcy z Niebieszczan, albo okolicznych wsi. Jakże im wtedy zazdrościł. Chciał być jednym z nich, ale oni traktowali go jak dzieciaka. Mówili, że musi się uczyć i zdać maturę. Dlatego Antoni zaczął się uczyć u swojej dotychczasowej nauczycielki, pani Anny Sypczak. Później jeździł na komplety tajnego nauczania do Sanoka, które organizowała przedwojenna dyrektorka gimnazjum żeńskiego, pani Zofia Skołozdro. Udało mu się zdać małą maturę.

 

Czasami, na prośbę partyzantów, młody Antoni doprowadzał kogoś do granicy. Okupacja wtedy nie była już tak dotkliwa. Ludzie przyzwyczaili się do utrudnień czasu wojny. Natomiast prawdziwym utrapieniem stały się oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Żołnierze ukraińscy w 1944 roku dokonywali czystek na polskiej ludności. Miejscowi organizowali oddziały samoobrony. Barykadowano się w domach, organizowano patrole. Szczególnie starano się chronić dzieci. Dziadek wspomina, jak odział UPA wiosną 1944 roku wymordował całą wieś, zgromadzoną na weselu we wsi Baligród. Do bawiących się ludzi zaczęto niespodziewanie strzelać, dzieciom roztrzaskiwano głowy o ściany. Ukraińcy nie znali litości. Z niezwykłego okrucieństwa słynął ich dowódca „Burłak”. Po kilku podobnych mordach zaczęły się zorganizowane akcje żołnierzy Armii Krajowej.

 

Pierwsze walki z UPA w Bieszczadach podjęły oddziały partyzanckie, między innymi oddział kpt. Adama Winogrodzkiego ps. „Korwin” oraz odział sierż. Władysława Szelka ps. „Borsuk”,

a następnie Jerzego Jasińskiego ps. „Kadłubek”. W maju 1944 roku dziadek stał się żołnierzem AK w oddziale „Borsuka” i zdobył pseudonim „Uparty”. Został zaprzysiężony i rozpoczął pracę jako kurier. Było to zadanie niezwykle odpowiedzialne, gdyż na kurierskim szlaku wyrastały setki przeszkód i nieprzewidzianych zdarzeń. Cało wychodzili z nich tylko ci, którzy dysponowali maksymalnym zasobem sił fizyczno-psychicznych, odpowiednią zaprawą, zimną krwią, improwizacją, sprytem i odwagą. Kurierzy byli żołnierzami łączności i działali w rzeczywistości na swoistym froncie, a ich służba niosła ze sobą ogromne ryzyko. Paru kurierów zginęło przy przekraczaniu granicy, kilku innych trafiło do obozów koncentracyjnych. Wielu zostało zamordowanych przez Ukraińców. Dziadek nadal przeprowadzał ludzi, przenosił rozkazy, zbierał informacje o oddziałach UPA i stacjonujących w pobliżu Niemcach. Wspomina, że się nie bał. Może nie zdawał sobie sprawy z tego, co mu grozi, a może był tak przesiąknięty ideałami, że uważał śmierć w walce o wolność ojczyzny za największy zaszczyt? Prababcia Aniela o jego działalności nic nie widziała. Od początku wojny w oddziałach partyzanckich walczył brat dziadka, Stanisław. Prababcia bardzo bała się, by i jej najmłodszy syn nie był narażony na niebezpieczeństwo. Dlatego dziadek nic nie mówił o swojej pracy. Często wymykał się z domu nocą, gdy wszyscy spali. Było to dla niego dodatkową atrakcją, a konspiracja stanowiła fajną formę zabawy. Broń zdobył przypadkowo dopiero pod koniec lipca1944 roku. Ukradł karabin śpiącemu na polanie żołnierzowi niemieckiemu. Dziadek go nie zabił, gdyż jak wspomina, mimo, że był żołnierzem, nie odebrał życia żadnemu człowiekowi. Ale nigdy nie wątpił, że gdyby musiał to uczynić, nawet by się nie zawahał – tak był wychowany.

 

9 sierpnia 1944 roku do Niebieszczan wkroczyła Armia Czerwona, która „wyzwoliła” te tereny. Sowieci mało przypominali Niemców. Byli bardzo hałaśliwi, brudni. Jak dzieci zachwycali się niektórymi przedmiotami codziennego użytku, np. głośno tykającymi zegarkami. W końcowej fazie wojny dziadek poznał Mariana Gołębiewskiego, który na zlecenie rządu emigracyjnego prowadził pertraktacje z Ukraińcami. Człowiek ten już wtedy bardzo mu zaimponował. Spotkali się 20 lat po wojnie i zostali przyjaciółmi. Rozłączyła ich dopiero śmierć.

 

19 stycznia 1945 roku rozwiązano Armię Krajową. Dziadek, podobnie jak wielu żołnierzy, ujawnił się. Nie stosowano wobec niego żadnych represji, gdyż, jak powiedział o sobie, był jedynie nic nieznaczącym pionkiem w wojennej grze. Jednak nigdy nie mógł się pogodzić z tym, że Polska znalazła się pod okupacją sowiecką. Mimo że złożył broń, nadal walczył. Dla niego wojna się jeszcze nie skończyła. W czasie studiów związał się z tajną organizacją zwaną „bandą Umińskiego” (inna nazwa to „Wolność i Sprawiedliwość”, później „Helena”), a w latach 70. XX wieku tworzył ruch oporu przeciwko komunistom. Był jednym z działaczy Konfederacji Polski Niepodległej, a potem sygnatariuszem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Wojna nauczyła go hartu ducha, konsekwencji w działaniu oraz wierności do końca swoim ideałom. Przyzwyczaiła do znoszenia nawet najtrudniejszych warunków, np. przez dwa dni potrafił nic nie jeść i nie odczuwał głodu. Ukształtowała jego osobowość i psychikę. Spowodowała, że stał się twardym człowiekiem. Była dla niego najbardziej wymagającą nauczycielką życia.

 

Tekst: Joanna Kiełczykowska, Gimnazjum nr 1 im. Władysława Andersa, I miejsce w konkursie „Cichy bohater 20??” w kategorii literackiej

Czas na Spotted

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 76 str 12 Strefa młodych Spotted O Spotted pierwszy raz usłyszałem od koleżanki. Byłem ciekawy tego zjawiska i w wolnej chwili postanowiłem sprawdzić, o co chodzi. Po powrocie do domu, włączyłem komputer, w wyszukiwarce Google wpisałem frazę „Spotted: chemik” i zacząłem czytać...

 

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to cały szereg anonimowych wiadomości w stylu: „Hej, piękna brunetko z III f, niesamowicie mi się podobasz. Proszę spotkajmy się w poniedziałek po lekcjach przed szkołą. Twój anonimowy wielbiciel”. Przecierając oczy ze zdumienia, przeczytałem jeszcze kilka wpisów tego typu, potem, trzeba przyznać, całkiem zabawnych ogłoszeń i garść niewybrednych żartów. Pierwszy wniosek: zabawa dobra dla gimbusów, ale przecież to profil szkoły średniej i znajduje się na nim mnóstwo wpisów osób, które znam i szanuję. Pomyślałem więc, że inicjatywa pod nazwą Spotted musi mieć drugie dno.

 

Zacząłem szperać w internecie w poszukiwaniu informacji o Spotted. Okazało się, że moda na tego typu inicjatywę, jak wiele innych, przywędrowała do nas światłowodem z Zachodu. Pomysłodawcą okazał się internet i ludzie, którzy namiętnie z niego korzystają. Zamysł całej zabawy polega na zamieszczaniu anonimowych ogłoszeń na facebookowym profilu. Najpierw nasze wiadomości są czytane przez administratora danej strony (aby wyeliminować obraźliwe treści), a następnie zostają opublikowane na facebookowej tablicy, gdzie już może zobaczyć je każdy. W ten sposób, na największym i najpopularniejszym Spotted: Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego kojarzą się pary, ludzie wymieniają się książkami, odnajdują zagubione klucze, proszą o pożyczenie ładowarki do telefonu, komentują różne wydarzenia.

 

Czyli Spotted to nie tylko randkowanie, czy śmieszne wpisy o pięknych brunetkach i przystojnych chłopakach. Po tym, czego się dowiedziałem, mój stosunek do tej inicjatywy nieco się zmienił. Zacząłem, podobnie jak administratorzy jednego z mińskich profili traktować je jako ciekawostkę, chwilową modę i okazję do dobrej zabawy. Tego typu akcje są też ciekawą alternatywą dla osób nieśmiałych. Mogą one w ten sposób poznać drugą połówkę lub po prostu poszerzyć grono znajomych. Dzięki Spotted można też wymieniać się szybko informacjami (np. dotyczącymi lekcji), czy skrzyknąć ludzi do jakiegoś spontanicznego działania czy wydarzenia, tzw. flash-mobów.

 

Profile Spotted mnożą się szybko. Praktycznie codziennie można znaleźć w sieci nowe. Mają je mieszczące się w różnych miastach uczelnie, szkoły, firmy przewozowe (np. Zarządy Transportu Miejskiego), galerie handlowe. Cóż, żyjemy w XXI wieku, internet powoli wypiera spotkania w realu. Coraz częściej nowych ludzi poznajemy rozmawiając przy pomocy Skype'a, albo zaczepiając ich na fejsie, a coraz rzadziej podczas zwykłej rozmowy – socjologowie pewnie jakoś mądrze by to skomentowali :) Warto jednak pamiętać, że żaden, choćby najlepszy rodzaj technologii nie zastąpi spotkań twarzą w twarz. Może, dzięki Stopped więcej ludzi zacznie spotykać się w realu? Zobaczymy, jak ta moda się rozwinie...

 

Tekst: Kamil Komorowski

Nasza ziemianka - wspomnienia z wojny.

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 75 str 14 Strefa historii ziemianka Gdy zbliża się wiosna, ptaki zaczynają radośnie śpiewać i mocniej przygrzewa słońce, wtedy częściej jeździmy do niewielkiej miejscowości Żakówek. Bardzo lubię te nasze wyjazdy, a szczególnie spacery do lasu, w którym szepcze strumyk i można spotkać sarny. Moim ulubionym miejscem jest niewielka, trochę zarośnięta polana, o której bardzo dużo słyszałam w opowiadaniach mojej prababci.

 

Podobno za tą polanką, gdzie rozciągają się nierówności, różnego rodzaju doły, zatrzymywali się ludzie, którzy uciekali przed Niemcami w okresie II wojny światowej. Można powiedzieć, że był to ich chwilowy postój. Nie wiem dokładnie, jak to się stało, ale dwie rodziny, które mieszkały w Mińsku Mazowieckim, musiały opuścić swój dom i uciekając przed faszystami trafiły właśnie w to leśne zacisze, a później do ziemianki w gospodarstwie mojej prababci. Był to podobno okres wczesnej wiosny. Dlatego wracając polną dróżką z lasu w stronę znajomych gospodarstw, którą kiedyś przemierzali strudzeni, wojenni uciekinierzy, zastanawiam się, co czuli, co myśleli. Czy mieli pełne zaufanie do osób, które ich prowadziły? Czy nie bali się o swoje dzieci? To są trudne pytania i chyba zostaną bez odpowiedzi.

 

Wiem tylko, że pradziadkowie w porozumieniu z sąsiadami ukryli tych ludzi w ziemiance. Było to pomieszczenie wielofunkcyjne i dosyć duże. Składało się z dwóch niewielkich pokojów bez okien i było wysokie. Schron został wybudowany z czerwonej cegły i betonu, tylko drzwi były drewniane. Cała budowla przykryta była ziemią, na której rosły różne krzewy. Z daleka wyglądała jak niewielki pagórek i niczym nie różniła się od innych wzniesień, ale dla mojej rodziny i sąsiadów jest to swojego rodzaju pamiątka. To właśnie w tym miejscu chronili się w czasie niemieckich nalotów. Czasami przesiadywali tu po kilka godzin, wtedy wszyscy byli uciekinierami. Prababcia Eugenia opowiadała, że te wspólne pobyty w ukryciu bardzo zbliżyły do siebie sąsiadów. Stali się jedną wielką rodziną, dzięki czemu w najtrudniejszych chwilach mogli na siebie liczyć. Również pomoc innym ludziom, którzy musieli uciekać ze swoich domów, była wtedy łatwiejsza.

 

Gdy usłyszałam po raz pierwszy tę historię, koniecznie chciałam zobaczyć podziemny dom. Ponieważ prababcia nie miała siły ze mną już iść, poprosiłam o to rodziców i babcię. Gdy babcia otworzyła drzwi, powiało chłodem. Zobaczyłam wąskie schody prowadzące w dół i nic więcej.

– Czy tu jest jakaś lampa? – zagadnęłam babcię.

– Mamy latarkę, ale w okresie wojny używana była świeczka – odpowiedziała babcia.

Zeszłam na dół i zobaczyłam dwa pomieszczenia. Pierwsze było mniejsze, a w ścianach znajdowały się duże wgłębienia, które służyły jako półki. Drugie pomieszczenie było zdecydowanie większe. Kamienie i cegły były nierówne, trochę zniszczone. To właśnie tutaj mieszkały uciekające rodziny. Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś innego. Myślałam, że schron będzie wyposażony w jakieś drewniane łóżka. Ale nie było tam nic z tych rzeczy. Zapadła cisza. Starałam się przenieść myślami do tych odległych, bolesnych czasów. Nie mogłam sobie wyobrazić, jak można było tutaj przebywać bez światła, w zimnej piwnicy. Gdyby te muru mogły mówić, to moja wiedza o tamtych czasach, a szczególnie o ludzkim, codziennym trudzie byłaby dużo większa.

 

Nagle usłyszałam skrzypnięcie drewnianych drzwi, w których zatrzymał się jakiś mężczyzna. Byłam zaskoczona i trochę przestraszona. Ala babcia Teresa szybko odezwała się do nieznajomego. Był to jeden z sąsiadów, który idąc w pole, zobaczył otwarte drzwi ziemianki i chciał sprawdzić, kto wszedł do środka. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak czuli się uciekinierzy, którzy przy każdym odgłosie otwieranych drzwi zastanawiali się, czy to przyjaciel, czy wróg ich odnalazł.

– Co stało się z ludźmi, którzy tutaj mieszkali? Czy przeżyli okres okupacji? – przerwałam milczenie.

– Tak – odpowiedziała zamyślona babcia Teresa.

– Po wojnie zamieszkali w Warszawie i brali udział w jej odbudowie – dodała mama.

– Ale czy jeszcze żyją? – dopytywałam się. Chciałam wiedzieć jak najwięcej, ale babcia zaczęła wchodzić po stromych stopniach w górę.

Gdy byliśmy już na zewnątrz i usłyszałam śpiew ptaków, szum drzew, wtedy zrozumiałam, jak wielkie mamy szczęście, że możemy normalnie żyć.

– W Warszawie mieszka jeszcze pani Ania. Była małą dziewczynką, gdy schroniła się z rodzicami w ziemiance. Natomiast jej wnuczek wrócił do Mińska Mazowieckiego – opowiadała dalej babcia.

– Chciałabym go kiedyś spotkać – powiedziałam i w zamyśleniu wracaliśmy do rodzinnego domu babci.

 

Gdy weszłam po raz pierwszy do schronu, początkowo widziałam tylko zimne ściany oraz ciemne, brzydkie pomieszczenie. Tymczasem ta ziemianka była w czasie II wojny światowej najlepszym i najbezpieczniejszym schronieniem. Była domem dla ludzi, którzy musieli uciekać przed okupantem. Cieszę się, że prababcia Eugenia opowiedziała nam tę wojenną historię. Dzięki niej
i innym dorosłym, którzy przekazują nam swoje wspomnienia, ta ziemianka-schronienie nigdy nie zostanie zapomniana. Zresztą, miejsce wokół tej budowli jest jakieś magiczne. Podobno już od kilku pokoleń w jej pobliżu zbierają się dzieci z okolicznych domów. Gdy tylko robi się ciepło i mam trochę wolnego czasu, dołączam do rówieśników, których pradziadkowie szukali schronienia
w małej ziemiance. Wiosną kwitną na niej białe, dzikie bzy, które swoim zapachem przyciągają pszczoły. Obok wejścia rośnie duży jaśmin, który zasłania zamknięte, drewniane drzwi, tak jakby strzegł jakiejś tajemnicy. Nieco dalej widać łąki i pola, wśród których wije się wąska dróżka do lasu. Tak, to miejsce na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

 

Napisała Kamila Koseska, kl. VI F (rok szkolny 2011/2012) ze Szkoły Podstawowa nr 2 im. Dąbrówki w Mińsku, tekst został wyróżniony II miejscem w kat. szkoły podstawowe w konkursie „Cichy Bohater 2012”

„Moda na polski” w Gimnazjum Miejskim nr 2 już po raz trzeci.

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 73 str 11 Strefa młodych moda na polski 2 Święto Języka Polskiego „Moda na polski” było obchodzone w Gimnazjum Miejskim nr 2 im. Jana Pawła II już po raz trzeci. Ale po raz pierwszy do wspólnych językowych zmagań zaproszono uczniów i nauczycieli ze wszystkich gimnazjów z Mińska.

 

– Celem organizatorów było stworzenie możliwości mądrej rywalizacji w formie zabawy połączonej z intelektualną przygodą oraz uwrażliwianie młodych ludzi na piękno i bogactwo języka polskiego. Uważam, że udział w konkursie może być też inspiracją do pogłębiania wiedzy polonistycznej oraz zachętą do obchodzenia w szkołach Międzynarodowego Dnia Języka Polskiego, który przypada 21 lutego – powiedziała Agnieszka Kożuchowska, pomysłodawczyni zabawy i nauczycielka języka polskiego z GM 2.

 

I właśnie w czwartek, 21 lutego w GM 2 stawili się uczniowie ze wszystkich mińskich gimnazjów, aby zabłysnąć wiedzą o ojczystym języku. Multimedialny konkurs był podzielony na sześć tematycznych kategorii: „corridę ortograficzną”, „zabawę z językiem polskim”, „językową łamigłowę”, „teksty kultury”, „literaturę” oraz tajemnicę słowników”. Drużyna z każdej szkoły, reprezentowana przez trzy osoby – jednego pierwszoklasistę, jednego drugoklasistę i jednego trzecioklasistę, pisemnie odpowiadała na pytania wyświetlane na ekranie. W każdej rundzie było ich sześć: dwa bardzo łatwe, dwa nieco trudniejsze i dwa najtrudniejsze. Nad przebiegiem konkursu czuwało jury w składzie: Małgorzata Gutowska-Adamczyk (autorka wielu książek dla młodzieży i dla dorosłych), Elżbieta Sieradzińska (bibliotekarka, podróżniczka, piosenkarka, na co dzień pracująca w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Mińsku) i Iwona Krasuska (przewodnicząca mińskiego oddziału Stowarzyszenia Nauczycieli Polonistów i nauczycielka języka polskiego). Trzeba przyznać, że rywalizacja była zacięta, ale wszyscy przede wszystkim dobrze się bawili. Najwięcej punktów, bo aż 53 zdobyli uczniowie Gimnazjum Miejskiego nr 2 im. Jana Pawła II i zajęli pierwsze miejsce. Drugie miejsce przypadło młodzieży z Gimnazjum Miejskiego nr 1 im. Gen. Władysława Andersa (44 punkty), a trzecie – Gimnazjum Salezjańskiemu im. św. Jana Bosko (40 punktów). Wyróżnienia otrzymali uczniowie Gimnazjum im. Polskiej Macierzy Szkolnej (39 punktów) i Gimnazjum Miejskiego nr 3 im. Janusza Kusocińskiego (32 punkty).

Nr 73 str 11 Strefa młodych moda na polski główne

– Serdecznie dziękuję za udział w konkursie. Dla mnie wszyscy jesteście zwycięzcami naszej zabawy. Nawet ja nie znałem odpowiedzi na niektóre pytania, tym bardziej jesteście wielcy i wyjątkowi – stwierdził Grzegorz Wyszogrodzki, dyrektor GM 2.

 

– Przygotowywaliśmy się do konkursu na lekcjach polskiego. Owszem, trochę kosztowało nas to pracy, ale się opłaciło, bo zajęliśmy pierwsze miejsce. Fajnie jest zwyciężać i mamy poczucie, że nie zawiedliśmy naszej szkoły – opowiadali tuż po konkursie Alicja Sadowska, Adrian Lech i Magdalena Witowska z trzeciej klasy GM 2.

 

– Pytania z ortografii były bardzo proste, ale z literatury, jak dla mnie, były trudne – podsumowała językowe zmagania Karolina Gańko z GM 1.

 

– Język polski to ważna sprawa, dlatego solidnie przygotowywałem się do konkursu. Najwięcej kłopotu sprawiły mi pytania z literatury, a najlepiej czułem się w ortografii. W sumie, nad wieloma pytaniami trzeba się było dobrze zastanowić. Ale było bardzo fajnie. I cieszę się, że w jury była pani Małgorzata Gutowska-Adamczyk, co na pewno uświetniło to wydarzenie – zapewnił Karol Adamiec z drugiej klasy Gimnazjum Salezjańskiego.

 

 

– Gimnazjaliści wykazali się dużą wiedzą i chęcią zgłębiania tajemnic polszczyzny. Udowodnili też, że językiem polskim można się bawić oraz przeżywać sportowe emocje. Mam nadzieję, że konkursy polonistyczne wyłonią silną grupę przyszłych olimpijczyków oraz stworzą w środowisku uczniowskim pewien szlachetny snobizm. Z przyjemnością wezmę udział w przyszłorocznym konkursie, albowiem ja również dzięki niemu poszerzyłam moją wiedzę. Cieszę się, że w moim rodzinnym mieście istnieje moda na język polski – powiedziała „Strefie” Małgorzata Gutowska-Adamczyk.

 

Oprac. i fot. DM

Pierwsza pomoc po harcersku

Ocena użytkowników:  / 5

pier pomoc1„Wziąć do ręki czajnik, nalać wodę, odkręcić gaz, podpalić go zapałką. Poczekać aż woda się ugotuje. Przygotować kubek, włożyć torebkę z herbatą, zalać wodą. Dosypać cukru, odczekać chwilę, wyjąć torebkę, wyrzucić ją do kosza. Wziąć łyżeczkę, pomieszać. Uważać, żeby się nie poparzyć przy piciu. Efekt - ciepła, słodka, smaczna herbata. Założyć rękawiczki, podejść do poszkodowanego. Odsłonić miejsce krwotoku, podnieść kończynę do góry, przyłożyć dużą ilość gazy. Dołożyć uciskacz, obwinąć opatrunek bandażem, kończynę unieruchomić. Efekt - uratowane życie.(...) Naucz się ratować życie. To prostsze niż myślisz." – napisał były szef Harcerskiej Szkoły Ratownictwa Jakub Sieczko.

Skoro to takie proste, dlaczego ludzie tak rzadko jej udzielają? Boją się, nie potrafią nic zrobić, paraliżuje ich strach? Nie wiem, a to takie proste. Od trzech lat podczas zimowych ferii w Stanisławowie odbywają się Wędrownicze Kursy Pierwszej Pomocy, na których kształcimy młodych RATOWNIKÓW ZHP. Rokrocznie zgłasza się coraz więcej chętnej młodzieży. Po co tam przychodzą? „Ostatnio musiałam udzielić pierwszej pomocy, nie wiedziałam jak. Przyszłam tu aby wreszcie nie bać się zrobić cokolwiek" – mówi 16 letnia Kasia. Podczas 2 weekendów uczymy jak ratować ludzkie życie, jak zrobić ten pierwszy krok aby pomóc komuś potrzebującemu. Najpierw uczestnicy przechodzą cykl wykładów, a następnie mają okazję przećwiczyć zdobytą wiedzę podczaspier pomoc2 symulacji. Dostosowane do rzeczywistości scenariusze, charakteryzacja oraz znakomita gra aktorska kadry pomocniczej pozwala uczestnikowi odczuć realizm sytuacji i wczuć się w rolę ratownika. „Im więcej ćwiczę, tym więcej wiem. To nie takie trudne, musze jedynie opanować stres"- opowiadał jeden z uczestników. Opanował i udało mu się – został RATOWNIKIEM ZHP. Większość z tych, którzy ukończyli taki kurs na całe szczęście nie musi wykorzystywać swojej wiedzy, ale są przygotowani, aby tej pomocy udzielić. Dla innych taki kurs jest początkiem przygody z ratownictwem. Wielu z nich zostaje ratownikami medycznymi, pielęgniarzami czy lekarzami. Pierwsza pomoc jest szansą dla tych, którym jej udzielamy i dla tych, których jej uczymy. Naucz się ratować życie. To prostsze niż myślisz.




Instruktorka Harcerskiej Szkoły Ratownictwa

pwd Anna Endzelm ,HO

O poezji, języku i smsach

Ocena użytkowników:  / 2

Alicja WąsowskaDlaczego tak niewielu młodych ludzi czyta poezję? Tylko, że w tym pytaniu zawarty jest błąd – nawet, jeśli ktoś czyta wiersze „nie-z-podręcznika” i odróżnia Różewicza od Herberta, to raczej się do tego nie przyzna, bo byłoby to jednoznaczne z popełnieniem towarzyskiego harakiri.


Przyczyną są oczywiście stereotypy. We wszystkich serialach ci „fajni” tylko piją i imprezują, reszta to dziwaki albo kujony z książkami pod pachami, ogromnymi okularami na nosach i w niemodnych ciuchach. Powstaje błędne koło i serial, który nigdy nie odwzorowywał prawdziwego życia młodych ludzi, jest traktowany jako „idealny model” życia młodych ludzi. Nie ma się więc co dziwić, że fajnie jest obecnie uznawać język polski za głupi, niepotrzebny przedmiot. Pewnie dlatego (innym powodem może być program układany dla cyborgów) – „Potopu” czy pozostałych lektur z listy obowiązkowych nie przeczyta 70% uczniów. Wydaje mi się, że za kilka lat umiejętność myślenia i czytania zaniknie jednocześnie. Ale może, gdyby czytanie poezji było zabronione, każdy chciałby ją przeczytać. Dlatego trzeba powiedzieć MEN, żeby zakazali przerabiania na lekcjach Baczyńskiego, Herberta czy Sienkiewicza – wtedy staną się popularni.

Czytaj więcej: O poezji, języku i smsach

Gdzie się spotykają?

Ocena użytkowników:  / 2

spotkaniaGdzie się spotykają?


Gdzie młodzi mińszczanie spotykają się po szkole? Czy miasto ma do zaoferowania coś więcej niż szkolne korytarze i sale lekcyjne? Magda i Ania pomagają Angelice Kubickiej tropić miejsca, w której najczęściej spotyka się mińska młodzież.


Fontanna górą

Co jest w tym miejscu takiego, że przyciąga ludzi? Na to pytanie odpowiedź jest prosta: ludzie. Im więcej osób siedzi na ławeczkach, tym więcej dochodzi, dosiada się, gromadzi się wokół – znajomi znajomych naszych znajomych. Z drugiej strony – można poznać kogoś nowego. Skwer przy fontannie to miejsce integracji uczniów. Kiedy jest ładna pogoda można zobaczyć tam tłumy. Główne zalety? Ania wymienia dobrą lokalizację – blisko szkoły średnie, sklepy, przystanek autobusowy. Poza tym dziewczyny przyznają, że to pewnego rodzaju centrum – nawet umawiając się z kimś, kto nie zna miasta, możesz mieć pewność, że tam trafi. W dzień przy fontannie gromadzi się też sporo dzieci, przez co atmosfera staje się jeszcze bardziej wesoła. Wieczorem szum oświetlonej kolorowo wody również zachęca do chwili rozmowy na ławce. Magda zaznacza, że minus jest taki, iż w godzinach szczytu nie dla wszystkich są miejsca siedzące :)


Park przy MDKspotkania 1
Jak mówi jedna ze zwolenniczek tego miejsca – zieleń uspokaja. Ponadto, jest to jedno z niewielu miejsc w mieście, w których panuje cisza i spokój. A tego czasem naprawdę nam potrzeba w zabieganej codzienności. To świetna enklawa nie tylko na spotykania ze znajomymi, ale także na spokojny spacer, miłą lekturę czy posłuchanie muzyki. Magda dodaje też, że to świetny plener do zdjęć i romantyczne miejsce na randki. Co więcej, jest nowy plac zabaw dla dzieci, a kaczki zawsze czekają z utęsknieniem na przechodniów, którzy rzucą im coś do jedzenia. Ania przekonuje, że park położony jest w dobrej części miasta i jest blisko do hufca.


spotkania 2W deszczowe dni
A gdzie się umówić, kiedy na dworze robi się coraz zimniej albo pada deszcz? Magda proponuje cukiernię Ekler przy ul. Warszawskiej, aby spędzić miłe popołudnie przy kawie i ciastku. Ładny, nowoczesny wystrój, smaczne desery i miła atmosfera – to wpływa na pozytywną ocenę tego miejsca. Jeśli jednak nie mieliśmy czasu niczego zjeść przed spotkaniem – wspomina Ania – warto zobaczyć się ze znajomymi na pizzy czy kebabie. W mieście znajduje się kilka pizzerii wartych polecenia. Pozostają one jednak w kwestii gustu klientów, więc zachęcamy, aby samemu ocenić oferowane przez nie menu.


A gdzie wieczorem?spotkania 3
Jedną z naszych propozycji jest restauracja i kręgielnia Planeta. Aby urozmaicić zwyczajny wypad ze znajomymi, możecie pójść np. na kręgle. Można też zagrać w piłkarzyki, bilard, lotki oraz cymbergaja. Śpiewać każdy może... Jeśli chcecie zaprezentować swoje umiejętności wokalne – warto wpaść z przyjaciółmi do klubu Sekcja 8. Sprawdzonym miejscem na wieczorne spotkania w naszym mieście jest też Mjuzik Pub. Ania przypomina też o Dujerze, w którym „przesiadują” młodzi fani muzyki. Pewnie, że to nie wszystkie miejsca spotkań młodych. Przecież każda klasa czy grupa znajomych ma swoje sprawdzone i ulubione rewiry. Dziewczyny podały tylko kilka propozycji wartych sprawdzenia, ale zachęcamy wszystkich do odkrywania ciekawych miejsc w naszym mieście i dzielenia się tą wiedzą z innymi młodymi. A także ze Strefą. Z chęcią opiszemy inne kultowe miejsca, tylko dajcie nam o nich znać


Oprac. Angelika Kubicka,
fot. DM

Chłopak z grupy

Ocena użytkowników:  / 3

Miłosz Dzienio

Boom na tworzenie grup rekonstrukcyjnych trwa. W całej Polsce młodzi i starsi odtwarzają  lokalne wydarzenia historyczne czy ważne bitwy z narodowych zrywów. W Mińsku także działa Grupa Rekonstrukcyjno-Historyczna pluton 1112, Dywizjon „Jeleń” założona przez harcerzy z naszego Hufca ZHP „Mazowsze”. O tym, co robią i planują rozmawiamy z Miłoszem Dzienio...


Skąd u ciebie takie historyczne hobby?


M. D. – W moim przypadku to hobby typowo rodzinne. Zarówno mój ojciec, jak i mama interesują się historią: zbierają pamiątki, dawne przedmioty, działają w Towarzystwie Przyjaciół Mińska Mazowieckiego (rodzicami Miłosza są Barbara i Mariusz Dzienio – przyp. red.). I to oni zaszczepili we mnie pasję do historii. Od dziecka słuchałem opowieści o tym, co się wydarzyło nie tylko w Mińsku. Można powiedzieć, że jestem jak przysłowiowa skorupka, która za młodu nasiąkła.

Czytaj więcej: Chłopak z grupy

Śledź na gorąco

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 52 str 14 Strefa twórczości Śledź na gorąco 1Śledź na gorąco


Granek stał na dachu biblioteki, trzymając „Śledzia” nad rynsztokiem, znanym także jako główna ulica miasta, a Klimek nie potrafił wydobyć z siebie słowa. Kurczył się wśród padającego śniegu, otwierając i zamykając usta, jak przerażona ryba, najpewniej karp, któremu jakiś sadysta pokazał kartkę z napisem 24 grudnia.


W ciągu ostatniej godziny Klimek kilkakrotnie przeżywał poznawczy kryzys, co mogło się w każdej chwili skończyć katastrofą dla jego wzorcowo otłuszczonego serca. Pierwszy kryzys miał miejsce, gdy Granek w przedsionku biblioteki powiedział mu, że wreszcie znalazł „Śledzia”. Od prawie dziesięciu lat Klimek wysłuchiwał opowieści o tym rzekomo zaginionym wczesnym wierszu jednego z Wieszczów. Granek – swoją drogą świetny antykwariusz – w kwestii „Śledzia” pozostawał odporny na argumenty zarówno literaturoznawców, twierdzących, że nic takiego nie mogło powstać, jak i pragmatyków pokroju Klimka, który w swojej karierze bibliofila o „Śledzia” nawet się nie otarł.

Z biegiem lat, dla dobra ich pracy i przyjaźni, Klimek nauczył się traktować Śledzia jak ekscentryczny rys postaci Granka – mentalne przedłużenie jego siwych dredów i rozbieżnego zeza (Klimek był przekonany, że zez jest efektem dredów zasłaniających oczy Granka). Diabła tam, przecież obaj byli ekscentryczni, myślał Klimek. Granek nosił koszulki w odblaskowych kolorach z napisami typu „Mój wujek grał krzyżaka w filmie Forda”. Z kolei Klimek próbował sił w haiku. Jego największym osiągnięciem był utwór „Zielone chmury”:

Zielone chmury
przeleciał czerwony ptak
Cichaczem nasrał

Czytaj więcej: Śledź na gorąco