Dzisiaj jest: 18 Czerwiec 2018    |    Imieniny obchodzą: Elżbieta, Paula, Marek

Warto walczyć o marzenia

Ocena użytkowników:  / 3
SłabyŚwietny 

Nr 40 str 8 Strefa biznesu Hair Line Anita GrzeszczykOdkąd skończyła 15 lat wiedziała, że zostanie fryzjerką, choć życie czasem rzucało jej kłody

pod nogi. To, co jedni uważali za złe, jej dawało nowe spojrzenie na własne życie – w myśl
zasady, że „upadając, zawsze można się podnieść”. Anita Grzeszczyk, właścicielka salonu
Hair Line nagrodzonego prestiżową nagrodą „Brylantowa gwiazda” w szczerym wywiadzie
przekonuje, że zawsze warto walczyć o swoje marzenia...

W salonie stoją dwa motocykle. Taki wystrój?

Anita Grzeszczyk (A. G.) – I tak i nie. Owszem, są znakomitym elementem wystroju salonu i nie
ukrywam, że przyciągają klientów, co ciekawe obu płci, ale na jednym z nich jeżdżę osobiście.
Drugi należy do syna.

Jeździ Pani sama?

A. G. – Staram się zarazić tą pasją syna. Córkę zabieram jako pasażerkę, z czego jest bardzo
zadowolona. Motocykliści to bardzo fajni ludzie. Jeżdżę rekreacyjnie i raz na rok udaje mi się
wyskoczyć na jakiś zlot. Mam za małe doświadczenie, aby wybierać się w długie trasy.

Ale nie jeździ pani tylko na Mariankę i z powrotem?

A. G. – Kiedyś pojechałam sama do Modlina przez Warszawę, co było dla mnie nie lada
wyczynem.

Nr 40 str 8 Strefa biznesu Hair Line Anita Grzeszczyk 2

 Spotkałam wtedy małżeństwo, które proponowało mi wstąpienie do damskiego klubu
motocyklowego „Queen of Roads”. Ale z braku czasu odmówiłam. W Mińsku mam kolegów, z
którymi wybieramy się na przejażdżki, i którzy pomagają mi w bieżących naprawach. Wolę jeździć
z tymi „starszymi”, ponieważ są spokojniejsi i nie pędzą na złamanie karku. Często też jestem
zaczepiana na skrzyżowaniach przez kierowców samochodowych.

Zaczepiają, bo chcą zapytać o motocykl, czy dlatego, że atrakcyjna kobieta na nim siedzi?

A. G. – Mocno wytuszowanych rzęs raczej pod kaskiem nie widać (śmiech), ale nie odbieram
tego, jako podrywu. Poznałam pewnego pana, który bardzo ubolewał, że jego żona nie podziela
zainteresowania motorami. Uważam, że pary powinny się dobierać tak, aby można było coś
wspólnie robić. Nie wolno ludziom zabierać pasji. Nie przepadam za futbolem, ale ubieraliśmy
się i malowaliśmy z synem i córką w barwy klubowe, po czym jechaliśmy do Warszawy na mecz.
Robiłam to dla dzieci. Zanim zakochałam się w motorach, moją jedyną pasją od dzieciństwa było
fryzjerstwo. A miałam być piekarzem….

 

 

Jak to?

A. G. – Gdy miałam 15 lat, tata wysłał mnie do szkoły, po skończeniu której miałam zostać
piekarzem. 

Nr 40 str 8 Strefa biznesu Hair Line Anita Grzeszczyk 5

Wytrzymałam pół roku i rzuciłam ją. Siedziałam w domu do osiemnastki. Kiedy tata
wrócił z Niemiec, zapytał czy nadal chcę zostać fryzjerką, po czym wsadził mnie do samochodu i
zawiózł do Lubartowa. Znalazł zakład fryzjerski, w którym miałam odbyć praktyki, bo do szkoły
fryzjerskiej trudno było się dostać. Byłam samoukiem i nie dogadywałam się z szefową, dlatego
wróciłam do domu. Ale tata znowu wsadził mnie do samochodu i tym razem zawiózł do Lublina.
Trafiliśmy do salonu na ul. Wieniawskiej. Zostałam tam na dwa lata. Później okazało się, że był to
jeden z najlepszych salonów fryzjerskich po tej stronie Wisły.

Udało się w końcu pani zdobyć tytuł czeladnika fryzjerstwa?

A. G. – W ogóle do niego nie przystąpiłam. W międzyczasie wyszłam za mąż i zaszłam w ciążę.
Udało mi się później znaleźć salon w Warszawie, gdzie pracowałam jako pomoc fryzjerska przez
trzy dni. Odeszłam, bo wkurzył mnie jakiś drobiazg, ale wróciłam i przepracowałam tam w sumie
półtora roku. Nareszcie mogłam robić więcej niż na praktykach. Kolejny raz zaszłam w ciążę, lecz
poroniłam i po powrocie ze zwolnienia lekarskiego szef nie przedłużył już ze mną umowy. Nie
chciałam się poddać, dlatego zatrudniłam się w salonie na Tarchominie. Klientkami były same
kobiety. Pewnego dnia zawitał do zakładu mężczyzna umówiony do mnie przez własną żonę.
Tylko, że ja wtedy nie miałam doświadczenia w męskim fryzjerstwie. Jednak nie ma to, jak szybkie
wycieczki na zaplecze do szefowej po porady. I tak, przebiegłszy w sumie kilkaset metrów tam i z
powrotem, obcięłam włosy klientowi. Dopiero po latach zdobyłam dyplom mistrzowski.

Była Pani zdeterminowana na zdobycie fachu.

Nr 40 str 8 Strefa biznesu Hair Line Anita Grzeszczyk brylantowa gwiazdaA. G. – Pracowałam od rana do wieczora. Synek kiedyś zapytał: „Mamo, dlaczego jak idę do
przedszkola i wracam, to są gwiazdki na niebie?”. Można rzec, że byłam samotną matką, bo z
synem mieszkałam w Modlinie, a ówczesny mąż pracował już w Mińsku. Rzadko bywał w domu,
dlatego pewnego dnia postawiłam ultimatum. Albo żyjemy, jak normalna rodzina i mieszkamy
razem, albo rozstajemy się. I tak zaczęła się moja przygoda z Mińskiem.

Spodobało się miasto?

A. G. – Szczerze? Nie przepadam za Mińskiem. Owszem, ma swoje uroki, ale sądzę, że gdyby nie
wspaniali ludzie, których tu poznałam, to zmieniłabym miejsce zamieszkania.

Jak się Pani odnalazła w nowym miejscu?

A. G. – Mąż pewnego dnia wspomniał o niewielkim lokalu do wynajęcia na ul. Traugutta i tam
w 2000 r. ruszyła moja własna działalność. Zapytałam go, czy w pobliżu jest jakiś fryzjer, a on
na to, że tak – za ścianą. Ale nie było tak źle. Natomiast na ul. Cichą skierowały mnie wymogi
unijne, które weszły kilka lat temu. Salon na ul. Traugutta był za mały, żeby mieć dwie toalety
i pomieszczenie socjalne. Dlatego znalazłam lokal na ul. Cichej w pobliżu mojego mieszkania.
Czynsz był bardzo wysoki, a wnętrze do całkowitego wykończenia, ale trzeba było brać byka za
rogi. Bez wiedzy męża i współpracowników wynegocjowałam z właścicielem przystępne koszty
najmu, a nawet zrobiono mi remont. Postanowiłam, że będę pracowała w niedziele i święta, a
nawet po nocach przy remoncie. Przed samym otwarciem salonu nie spałam po nocach. 31 grudnia
wróciłam do domu o godz. 6., wykąpałam się, przebrałam i na godz. 7 byłam znów w pracy, bo
miałam kilkanaście pań do uczesania. Pamiętam ich pochwały, że salon jest przytulny i elegancki.
Wstyd się przyznać, ale stałam i płakałam, bo tylko ja wiedziałam, ile ciężkiej pracy i wyrzeczeń
mnie to kosztowało.

Ale warto było?

A. G. – Tak, chociaż bywało ciężko. Dzieci nie kojarzyły, co się dzieje. Wracałam do domu i
płakałam, ale podświadomie wierzyłam, że się uda. Wychodzę z założenia, że co nas nie zabije, to
nas wzmocni. Już przy otwieraniu pierwszego salonu były obawy. A ja, odkąd skończyłam 15 lat,
wiedziałam, że chcę być fryzjerką. Strzygłam koleżanki i siostry. Nawet, gdy ciężko zachorowałam
na nerki, kiedy ich wydolność spadła do 50%, nie załamałam się, nie rzuciłam wszystkiego.

Wytrwałość została nagrodzona, bo w tym roku otrzymali pani salon został wyróżniony
prestiżową nagrodą Brylantowa Gwiazda.

A. G. – Ta nagroda była zaskoczeniem. O wyróżnieniu zostałam poinformowana telefonicznie,
gdy jechałam na wczasy. Dopiero, gdy przyszło pisemne zaproszenie na galę, uwierzyłam, że nikt
mnie nie wkręcał. Wyjaśniono mi później, że klienci zgłaszają organizatorowi plebiscytu salony, z
których usług są zadowoleni i chcą je nagrodzić. „Tajni klienci” odwiedzili ponad 23 tys. salonów
z całej Polski. Sprawdzano cierpliwość, uczciwość i rzetelność personelu, jakość wykonywanych
usług i czy cena jest do nich adekwatna.

Nawet ceny porównywali?

A. G. – Raczej chodzi o sprawiedliwe podejście do klientek. Niestety zdarzają się miejsca, gdzie
trzeba zapłacić więcej, bo np. podjechało się drogim samochodem. A ja jestem dziewczyną ze wsi
i nie raz byłam z tego powodu gorzej traktowana, dlatego nie dopuszczam do takiego zachowania.
Postanowiłam, że będę traktować ludzi tak, jak sama chciałabym być traktowana.

Nagrodę przysłano pocztą?

A. G. – Dostałam zaproszenie na Galę w Pałacu Kultury w Warszawie, którą prowadził Krzysztof
Ibisz. Przyznano nam dwie gwiazdki. Tylko kilka salonów wyróżniono trzema gwiazdkami, np.
taki, w którym syn właścicielki tańczył flamenco dla umilenia czasu klientom. Myślę, że ważne są
takie drobiazgi, jak podanie herbaty, żartowanie, czy chociażby rozmowa. Fryzjer to swego rodzaju
terapeuta i psycholog bez dyplomu (śmiech). Niejednokrotnie przy strzyżeniu czy farbowaniu panie
opowiadają o bardzo osobistych sprawach.

W życiu bywają zdarzenia, które zmieniają nasz system wartości.

A. G. – Doświadczyłam tego na własnej skórze. Przeżyłam cztery tygodnie, które spowodowały, że
inaczej spoglądam na otaczających mnie ludzi, na rodzinę i na to, jakie powinnam mieć priorytety.

Co się wydarzyło?

A. G. – Po rozwodzie wdałam się w chory romans, który przez splot rożnych wydarzeń
doprowadził mnie do tego, że zostałam tymczasowo aresztowana. Do dzisiaj zadaję sobie
pytanie „Jak mogłam być tak głupia i naiwna?”. Dostałam od życia porządną nauczkę.

Jak to aresztowana?

A. G. – Wszystko działo się bardzo szybko. Przy wyjściu z domu powiedziałam dzieciom, że
niedługo wrócę... Wróciłam po czterech tygodniach. Byłam na Grochowie, a to prawdziwe
więzienie. Najpierw cela przejściowa, gdzie osadzone są obserwowane, czy któraś np. pali albo
grypsuje. Cela miała 9 m2 dla czterech kobiet. Trafiłam na sympatyczne dziewczyny. Ta ze Szkocji
siedziała za przekręty bankowe, a pielęgniarka z Kanady sprowadziła samochody, które miały lewe
papiery. Mieszkałam z nimi ponad tydzień i bardzo mi wtedy pomogły i wspierały psychicznie.
Później trafiłam do celi, w której dziewczyny miały gorsze wyroki. Jedna z nich zabiła swojego
chłopaka. Ku mojemu zaskoczeniu nie byłam gnębiona, jako nowa, nie musiałam jeść przy sedesie,
nie miałam gorszego łóżka. O dziwo, zamawiały mi za własne pieniądze paczki żywnościowe,
podarowały kilka ubrań, bo przyjechałam tylko z torebką i zegarkiem. A ja je czesałam i strzygłam
nożyczkami do paznokci. Dziewczyny z sąsiednich cel też, a nawet strażniczki by się skusiły, lecz
im nie wypadało. To nie amerykański film. Kąpiel raz na tydzień, a na co dzień miska.

Wiedziała pani ile czasu tam spędzi?

A. G. – Absolutnie nie. Odwiedził mnie adwokat wynajęty przez rodzinę, który nie potrafił jeszcze
mówić o szczegółach. Wiedziałam, że salon normalnie prosperuje, pracownice zajęły się dziećmi
dopóki ojciec do nich nie przyjechał. Przy kolejnym spotkaniu chciałam dać adwokatowi kartkę,
na której napisałam czego potrzebuję: kubek, łyżeczka, itd. Odpowiedział, że to niepotrzebne, bo
wychodzę. W celi nie potrafiłam z siebie wydusić słowa, nie wiedziałam czy dzisiaj, czy za tydzień.
Dosłownie po kilku minutach uchyliła się klapa i usłyszałam głos klawiszki – „Grzeszczyk!
Gotowa do wyjścia?”. Błyskawicznie zabrałam z łóżka pościel, oddając innej dziewczynie
prześcieradło, bo miałam lepsze i zostawiłam swój pozłacany zegarek, aby wiedziały, która jest
godzina. Z aresztu wyszłam tak, jak do niego przyjechałam. Było zimno i padał deszcz. Miałam
w portfelu kilkadziesiąt złotych i nr telefonu do siostrzeńca zapisany na spodniach. Na przystanku
starsza pani zgodziła się udostępnić telefon. Gdy zadzwoniłam, wszyscy po drugiej stronie
słuchawki się popłakali. Nie mogli uwierzyć, że mnie słyszą.

Pierwsze kroki skierowała Pani do...?

A. G. – Salonu. Weszłam uśmiechnięta, prężnym krokiem. Pracownice tym zszokowałam, bo nie
siadłam i nie płakałam. Na drugi dzień przyszłam już normalnie do pracy. Jestem dumna z moich
dziewczyn, bo przez miesiąc poprowadziły za mnie biznes i pomogły przy dzieciach.

Klienci, którzy z prasy dowiedzieli się o pani zatrzymaniu rezygnowali z wizyt?

A. G. – Niestety w prasie historia miała tylko jeden kolor, a nic nie jest ani czarne, ani białe i o to
mogę mieć żal. Ale nie wracam już do tego. Boli mnie to, że człowiek, przez którego to wszystko
się stało, nie ma wyrzutów sumienia i udaje, że nic się nie wydarzyło. Na szczęście w Mińsku
mieszkałam już kilka lat i ludzie, którzy mnie znali, wiedzieli jaka jestem naprawdę. To dla mnie
bardzo osobisty wywiad i mam nadzieję, że po nim ani ja, ani moje dzieci nie odczujemy złych
emocji ze strony innych. Mogłam siedzieć cicho, ale każda historia mogąca czegoś nauczyć,
warta jest opowiedzenia. A wracając do pani pytania – nie odczułam spadku liczby klientów.
Wręcz przeciwnie, słyszałam wiele słów pokrzepienia i otuchy. Niejedna kobieta przytuliła mnie i
ucałowała. U tych, którzy nie wiedzieli o aresztowaniu, zdziwienie budziło to, jak dużo schudłam i
pytali na jakich wczasach byłam. Nie życzę takich wczasów nawet największemu wrogowi.

Czy takie traumatyczne przeżycie może czegoś nauczyć?

A. G. – Owszem, popełniłam błąd, nie zaprzeczam, ale ta historia nauczyła mnie, co jest w życiu
ważne. Doceniam każdą chwilę z moimi dziećmi. Nie ma znaczenia czy kubek stoi na swoim
miejscu, albo czy firanka jest dobrze zaciągnięta. Realizuję swoje pasje – fryzjerstwo i motocykle.
Dzięki uporowi taty i mojej determinacji mam wymarzony zawód i własną firmę. Lubię ludzi
i staram im się to okazywać w pracy oraz prywatnie. Teraz jestem znacznie silniejsza. Każdej
kobiecie, która czuje rezygnację i myśli, że jej świat się zawalił, chciałabym powiedzieć – „Weź się
w garść, na pewno jest ktoś, dla kogo warto walczyć o spokojne i lepsze życie”. Mam wspaniałego
partnera, kochane dzieci i pracę, którą uwielbiam. A przecież tak niewiele brakowało, abym tego
nie miała.

Rozmawiała ARC, fot. z archiwum Anity Grzeszczyk


Anita Grzeszczyk w skrócie:
Sama o sobie – niezłe ziółko.
Najbardziej lubię – spędzać wolny czas z dziećmi.
Co mnie złości? – jak ludzie narzekają, często bezpodstawnie.
Największy sukces – moi bliscy, którzy wspierają mnie w każdej trudnej chwili.

Największa porażka – nie mam żadnej.
Ulubione miejsca w Mińsku – Stary Rynek i przypałacowy park.

Fot. Na motorach ze swoim siostrzeńcem.

You have no rights to post comments