Dzisiaj jest: 25 Kwiecień 2018    |    Imieniny obchodzą: Marek, Jarosław, Wasyl

Dariusz Wąsik, czyli Tatulo

Ocena użytkowników:  / 11
SłabyŚwietny 

Tatulo- Dariusz Wąsik

„Trzeba szanować każdego klienta, bez względu na to, czy jest mały, czy duży – najważniejsze jest jego zadowolenie oraz jakość przygotowanych potraw” – twierdzi Dariusz Wąsik, znany bardziej jako „Tatulo”. Spotkaliśmy się w biurze jego firmy na ul. Huberta w Mińsku...


Gotujesz w domu?


Dariusz Wąsik (D. W.) – Rzadko. Nie mam na to czasu. Gotuję w firmie.

 

To, co je rodzina?


D. W. – W domu gotuje żona. Jest bardzo zdolna (śmiech).

 

Pamiętasz swoją pierwszą przyrządzoną potrawę?


D. W. – Naleśniki z dżemem. Miałem wtedy chyba pięć lat.

 

Tatulo, BiskupI już potrafiłeś usmażyć naleśniki?


D. W. – Oczywiście.

 

Mali chłopcy marzą, aby zostać strażakiem, policjantem, kierowcą rajdowym. Ty pewnie chciałeś zostać kucharzem?


D. W. – Bardzo chciałem zostać kucharzem, i na dodatek marzyłem, aby gotować na statkach dalekomorskich.

 

Ale najpierw musiałeś pójść do szkoły, żeby się nauczyć fachu.


D. W. – Uczyłem się na kucharza w „Chemiku”, a później skończyłem szkołę gastronomiczną na ul. Poznańskiej w Warszawie.

 

I jak miałeś już fach w rękach, to zacząłeś szukać statku, żeby spełnić swoje marzenia?


D. W. – Prawie by mi się to udało. Pojechałem nawet do Gdyni, ale po szkole dostałem powołanie do wojska. Potem byłem szefem kuchni w jednostce wojskowej w Mińsku, gdzie nauczyłem się wielu przydatnych kucharzowi rzeczy. W końcu dostałem pracę w nowo otwartym w Warszawie hotelu  Marriott. Po trzech tygodniach zostałem szefem produkcji w kuchni i tak marzenia o pracy na statkach odpłynęły w siną dal, a ja zakotwiczyłem się na dłużej w hotelu.

 

Tatulo przy kuchniJak po trzech tygodniach od rozpoczęcia pracy zostaje się szefem produkcji w dużym hotelu należącym do międzynarodowej sieci?


D. W. – Zauważono, że potrafię gotować, znam się na produktach, potrafię rozbierać, czyli dzielić na części tusze zwierząt i ryb, a także produkować wędliny i zaproponowano mi funkcję szefa. To była niesamowita praca, bo przygotowywaliśmy wszystko to, co było dostępne w hotelowych restauracjach. Dostawaliśmy, np. półtuszę wieprzową czy wołową, całego dzika, jelenia, sarnę, tuńczyki, mieczniki i trzeba było to wszystko przygotować, podzielić, zrobić z tego półprodukty, włożyć do lodówki i zawieźć na kuchnię. Można powiedzieć, że hotel był taką samowystarczalną fabryką z własną cukiernią, piekarnią, masarnią.

 

I ty miałeś na to wszystko oko?


D. W. – Tak było.

 

Ile lat pracowałeś w Marriottcie?


Tatulo z synemD. W. – Trzy i pół roku.

 

Dlaczego odszedłeś?


D. W. – Akurat otwierano hotel Bristol. Co prawda na jedno stanowisko szefa produkcji kuchni wpłynęło trzysta podań, ale to ja dostałem tę pracę.

 

Ponoć przyjmował cię sam Kurt Scheller?


D. W. – Powiedział, że jak się na mnie zawiedzie, to pożałuję.

 

Nie zawiódł się?


D. W. – Miałem doświadczenie, bo z Marriotta wychodzili naprawdę dobrzy fachowcy, więc wiedziałem, że Kurt nie będzie żałował. Potem już wspólnie wymyślaliśmy nowe receptury dań czy menu na bankiety. Nie zawiodłem jego oczekiwań. Do dzisiaj jesteśmy w stałym kontakcie. Jeśli ja, albo on ma jakiś problem, to sobie pomagamy.

 

Problem?


D. W. – Pytamy się np. o receptury, przypominamy sobie różne przepisy. Kurt prowadzi szkołę gotowania, więc dzwoni do mnie, kiedy poszukuje jakiegoś produktu, bo wie, że jak tylko będę mógł pomóc, to na pewno załatwię mu to, czego potrzebuje.

 

Z jakim pytaniem dzwonił ostatnio do Ciebie Kurt Scheller?

 

D. W. – Jakiś czas temu dzwonił w sprawie otoki, czyli tzw. krepinety.

 

Tatulo z szefem kuchniCo to jest krepineta?


D. W. – To osłonka, która znajduje się na sadle wieprzowym. Kiedy robi się, np. faszerowane udko z królika, pierś z perliczki czy roladkę z przepiórki, wtedy ich delikatne mięso zawija się właśnie w tę osłonę, która zaciska się podczas obróbki cieplnej i farsz, jaki znajduje się w przepiórce, perliczce czy w udku królika nie wypływa na zewnątrz, tylko zatrzymuje się w środku. Ludzie o tym nie wiedzą, a w masarniach takie otoki są wyrzucana do śmieci.

 

Kurt Scheller chciał, żebyś załatwił mu taką krepinetę?


D. W. – I załatwiłem. Zawsze nazywali mnie – „no problem”. Jeśli czegokolwiek było potrzeba, to nie było rzeczy, której nie mógłbym dostarczyć. Znam się na tym, co robię i wiem, że jeśli klient potrzebuje jakiegoś produktu, to musi go dostać.


Zdradzisz, co wymyśliliście wspólnie z wielkim Schellerem w Bristolu?


D. W. – Robiliśmy tzw. nowoczesną kuchnię, czyli tak wszystko organizowaliśmy, aby do hotelu przyjeżdżały półprodukty, np. obrane ziemniaki i warzywa, podzielone na porcje mięsa, ryby. Wszystko po to, żeby kucharz nie musiał wszystkiego przygotowywać od zera, co mu ułatwiało pracę i oszczędzało czas.

 

Dlaczego odszedłeś z Bristolu?


D. W. – W 1994 r. założyłem własną firmę. Doświadczenie wyniesione z Marriotta i Bristolu zacząłem wykorzystywać w swojej działalności. Przekonywałem dyrektorów i kucharzy w hotelach, że używając półproduktów oszczędza się czas, wodę, ludzką pracę.

 

Dali się przekonać?


D. W. – Tak, i zacząłem dostarczać półprodukty do hoteli i restauracji. Nie tylko warzywa, mięso, garmażerkę, ale też ciasta i desery.

 

Całą produkcję robiłeś w Mińsku?


D. W. – Tak, miałem już zakład na ul. Huberta i drugi, na ul. Małopolskiej.

 

Jakie hotele zaopatrujesz?


D. W. – Żeby się nie chwalić nazwami, powiem tylko, że dostarczamy kompleksowo towar do sieci największych hoteli, pijalni czekolady i kawiarni w całej Polsce. W sumie obsługujemy 450 hoteli i restauracji.

 

Można powiedzieć, że w sieciach międzynarodowych hoteli w Polsce je się wyroby Tatula?


D. W. – Można tak powiedzieć (śmiech).

 

Ponoć dostarczałeś też produkty do Pizzy Hut i KFC?


D. W. – Realizowaliśmy ich zamówienia. Wymyśliliśmy receptury i dostarczaliśmy wyroby z ziemniaków, skrzydełka w sosie barbecue oraz deser tiramisu.

 

A skąd nazwa firmy „Tatulo”?


D. W. – Tatulo to moje przezwisko, które otrzymałem od swoich współpracowników na początku lat 90., pracując jako szef kuchni w Marriottcie. Dla wielu osób byłem nie tylko szefem, ale nauczycielem, przyjacielem i „ojcem”. I zaczęli mnie nazywać tatulo. Opowiem jedna anegdotę związaną z tym pseudonimem. Kiedy na jednej z uroczystości w hotelu ogłoszono, że najlepszym pracownikiem został Dariusz Wąsik zapadła cisza. Dopiero wstał mój szef Joseph Valser i powiedział – „To tatulo!” – wtedy wszyscy zorientowali się, o kogo chodzi. Dlatego tym pseudonimem nazwałem też swoją firmę. Pod swoim nazwiskiem nie jestem rozpoznawalny, ale jako tatulo funkcjonuję do dzisiaj. Nawet, gdy ktoś dzwoni do mnie z zamówieniem, to mówi – „Panie tatulo, kazali mi się z panem skontaktować.”

 

Swego czasu otworzyłeś też sklepy w Mińsku.


D. W. – Pomyślałem sobie, że skoro i tak produkuję różnego rodzaju wypieki cukiernicze dla hoteli i restauracji, to mogę je także sprzedawać pod swoim szyldem. Otworzyłem więc sklepy, w których  można było kupić ciasta i ciastka oraz garmażerkę.

 

Do tej pory pamiętam, że przychodziliśmy do sklepu po terinki rybne. Były znakomite! Ale pewnego dnia sklepy zostały zamknięte.


D. W. – Okazały się nieopłacalne. Towar jest najlepszy zaraz po wyprodukowaniu. Jeśli się nie sprzedał w ciągu 24. godzin, był utylizowany. Ludzie się dziwili, dlaczego dobre rzeczy wyrzucaliśmy do śmieci. Tłumaczyłem, że ciastka, czy garmażerka po upływie doby mają gorszą jakość, a nie chciałem być kojarzony ze sprzedażą towarów słabej jakości. Dlatego zamknąłem sklepy i skupiłem się na produkcji dla hoteli i restauracji, które zamawiały konkretną ilość i na  dany dzień, co oznaczało, że dostarczymy im towar w najlepszej jakości.

 

Ale jednak zdecydowałeś się świadczyć usługi cateringowe w Mińsku?


D. W. – Zacząłem dwa lata temu po namowach wielu firm z Mińska, urzędów, instytucji. Docenili jakość naszych potraw i nasze zaangażowanie. Polecają nas i mamy całkiem sporo pracy. Najważniejszy jest dla mnie klient. Nie ważne, czy mały, czy duży – grunt, aby był zadowolony. Bardzo mnie cieszy, gdy np. na koniec zorganizowanego przez nas bankietu podchodzi do mnie osoba, dla której wszystko było przygotowane i mówi – „Panie tatulo, takiej imprezy jeszcze nie było.”

 

Przekażesz firmę dzieciom?


D. W. – Syn chodzi do szkoły hotelarskiej, więc myślę, że będzie komu przekazać firmę. Najważniejsze, że interesuje się tym, co ja robię. Podpatrywał mnie w pracy, jeździł ze mną na bankiety i imprezy, przyglądał się, a teraz już pomaga mi w pracy.

 

Ma chłopak talent?


D. W. – Zdecydowanie tak.

 

Plany na przyszłość. Może sam otworzysz hotel?


D. W. – Hotel na pewno nie. Zresztą, nie mam jakichś spektakularnych marzeń czy planów. Ważne, aby utrzymać najwyższą jakość w firmie i zwiększać produkcję. Trzeba cały czas się rozwijać. Niedawno otworzyliśmy wypożyczalnię wysokiej klasy sprzętu gastronomicznego i nakryć stołowych. Klient musi być zadowolony nie tylko z tego, co je, ale także na czym i czym je.

 

Tatulo tępi też szkodniki.


D. W. – Przed dwoma laty ukończyłem kursy państwowe, które zezwalają mi świadczyć usługi w zakresie dezynsekcji, dezynfekcji i deratyzacji. Używamy naturalnych środków eliminujących owady, szczury, myszy. Stosujemy też nowoczesne techniki dezynfekcji mające na celu eliminację mikroorganizmów i nieprzyjemnych zapachów z otoczenia za pomocą generatora ozonu. Jest to urządzenie wykorzystywane do sterylizacji pomieszczeń nie tylko mieszkalnych, ale i szpitali, przychodni, restauracji, barów, przedszkoli, domów, szkół, a także samochodów.

 

Masz czas na jakieś inne rzeczy poza pracą?


D. W. – Oczywiście. Ale naprawdę lubię to, co robię, więc to mnie buduje i daje zadowolenie. Dużo wyjeżdżam za granicę, gdzie zawsze podpatruję innych kucharzy i  uczę się robić coś nowego. Ostatnio byłem w Turcji i zachwyciłem się tamtejszą kuchnią. Zresztą na całym świecie jest coś, czego nie ma w Polsce. Można wrócić do kraju i zaproponować klientom coś nowego, zadziwiającego. Interesuję się też sportem. Nie tylko oglądam mecze w telewizji, ale chodzę na basen, jeżdżę na nartach. Lubię góry i wodę.

 

O której wracasz do domu?


D. W. – Różnie, ale przeważnie ok. godz. 22 – wszystko zależy od tego, czy w danym dniu organizujemy jakąś imprezę, albo czy nie muszę czegoś załatwić.

 

Gdybyś miał taką możliwość, żeby przeżyć swoje życie jeszcze raz, to coś byś zmienił?


D. W. – Nic. Kocham to, czego się nauczyłem i co robię, i nie zamieniłbym na nic innego tego, co mam i co osiągnąłem.

 

A co ugotujesz w domu na wigilię?


D. W. – Jak już wspomniałem, w domu gotuje żona, a ja wraz z córką ozdobię świątecznie nasz dom i ogród.

 

Jak tak patrzę na Ciebie, to nie pasujesz do wizerunku tatulowego kucharza z brzuszkiem.


D. W. – Ważna jest przemiana materii. Jeden je mało i jest gruby, drugi je dużo i nie tyje. Chyba należę do tych drugich (śmiech).

 

Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. Tatulo

 

Dariusz Wąsik w skrócie:

Sam o sobie – jak każdy, mam wady i zalety.

Najbardziej lubię – szarlotkę mojej żony.

Co mnie złości – brak kultury u ludzi.

Największy sukces – rodzina.

Największa porażka – to, że zaufałem ludziom, którym nie powinienem był zaufać.

Kucharz, którego podziwiam – najlepszym kucharzem, przy którym nauczyłem się też wielu rzeczy był Bernard Luiziana, mistrzowskiej klasy francuski szef kuchni. Dużo razem pracowaliśmy. Obecnie szefuje w kuchni w jednym z portugalskich hoteli. Do tej pory utrzymujemy ze sobą kontakt.

You have no rights to post comments