Serce jak sport
Dzisiaj jest: 19 Sierpień 2018    |    Imieniny obchodzą: Konstancja, Emilia, Julian

Serce jak sport

Ocena użytkowników:  / 1
SłabyŚwietny 

Sławomir Ambroszczyk

Każdy w życiu ma jakieś ambicje i cel, który sobie postawił, i dąży do niego, bez względu na okoliczności. Trzeba mieć pasję i sportowe zacięcie, aby poświęcić się ludziom i dać im tyle serca, ile daje swoim podopiecznym Sławomir Ambroszczyk, Instruktor Rekreacji Ruchowej ze specjalnością Fitness – ćwiczenia siłowe (kulturystyka).


Pamięta Pan, kiedy zaczął ćwiczyć?


Sławomir Ambroszczyk (S. A.) Moja przygoda ze sportem zaczęła się dawno temu, bo już w wieku 14 lat. Brat był wielokrotnym mistrzem Polski w podnoszeniu ciężarów oraz kulturystyce, i to on zaszczepił we mnie miłość do sportów siłowych. Podglądałem go i jego kolegów podczas ćwiczeń i to dodatkowo mnie zmotywowało. Brat założył „sekcję sportową” w starej pralni na ul. Miodowej i tam wszystko miało swój początek.

 

Można powiedzieć, że była to braterska pasja. A rodzice nie protestowali, że synowie dźwigają ciężary?


S. A. Nie od razu zostałem sportowcem pełną gębą, bo rodzice byli przeciwni mając już jednego fascynata w domu. Wyrywałem się jednak na treningi i nie było siły, aby coś mnie zatrzymało. Brat, widząc na początku, że uparcie, mimo zakazów „pcham” się w ten świat, powierzył mi funkcję „doglądacza” interesu.

 

Sławomir AmbroszczykPoczątki pewnie były trudne?


S. A. – Nie były łatwe, ponieważ treningi, to litry wylanego potu i ból. Potrzeba było wiele wytrwałości i samozaparcia, ale ja to kochałem. W wieku 16 lat zaczęły się pierwsze starty w zawodach, obozy, które uwielbiałem. Wielkim przeżyciem było dla mnie jeżdżenie na zawody zwłaszcza, że odbywały się w NRD. Czuliśmy się tam, jak w innym świecie. Ponadto, dostawaliśmy dodatkowe kartki na żywność, a czasy wiadomo, jakie były. Poświęcenie i upór spowodowały, że zostałem mistrzem Polski juniorów w podnoszeniu ciężarów. Mówili na mnie wtedy Janosik z Mińska, ponieważ miałem długie włosy. To był piękny okres w moim życiu.

 

 

Sławomir AmbroszczykAle zakończył Pan karierę?


S. A. – Może nie był to koniec, tylko przerwa, ponieważ przyszło małżeństwo i wiadomo – trzeba się było ustatkować. Większość czasu spędzałem wtedy w Warszawie na treningach i żona postawiła mi ultimatum. Do tego doszło skręcenie nogi w stawie skokowym podczas gry w siatkówkę i na kilka lat zaprzestałem treningów.

 

Zamiłowanie do sportu chyba jednak zwyciężyło ponieważ, jak widać, wrócił Pan do „zawodu”. Co pana przekonało do comeback’u?



S. A.
– Zdjęcie z wakacji (śmiech). Po wczasach nad morzem zobaczyłem się na fotografii z synem i nie mogłem uwierzyć, że zrobił się ze mnie pan z brzuszkiem. Powiedziałem sobie wtedy – „koniec tatusiowania”!

 

Sławomir AmbroszczykI postanowił Pan stworzyć klub treningowy?


S. A. – Tak, właśnie wtedy zrodził się pomysł otwarcia siłowni. Pierwsza, nieoficjalna mieściła się w Jednostce Wojskowej. To było w latach osiemdziesiątych. Później wynająłem od komendanta stary bunkier, stworzyliśmy spółkę z kolegą, wyremontowaliśmy pomieszczenia, i tak, w 1991 r. ruszyła pierwsza siłownia „Samir”. W 1995 r. przenieśliśmy się do lokalu przy ul. Kopernika. Po trzech latach „rozstałem się” ze wspólnikiem i od tamtej pory sam prowadzę Atletyczny Klub Sportowy „Samir”.

 

Długie lata jest Pan w związku ze sportem i własną działalnością. Miał Pan momenty, kiedy chciał żyć, jak większość ludzi: praca od do, gazeta, kapcie?


Sławomir AmbroszczykS. A. – 25 lat pracowałem jako cywilny pracownik wojska. Własna działalność była dodatkowym zajęciem. Stacjonarnie pracowałem do godz. 16, a potem w siłowni do godz. 22. Poświęcałem się temu, wkładałem serce, służyłem doświadczeniem i radą, a mimo to, nie raz zastanawiałem się, czy nie zamknąć interesu. Jednym z powodów był brak opłacalności. W Mińsku nie da się z siłowni utrzymać rodziny. Gdybym miał własny lokal, to co innego, bo  większość dochodów pochłaniają opłaty za wynajem. Wiele razy myślałem, że czas pójść do jakiejś normalnej pracy. Jednak zamiłowanie do sportu i chęć stworzenia możliwości rozwoju młodym ludziom zwyciężyła. Poza tym, poczułem, że jestem coś winien osobom, które od lat do mnie przychodzą. Nie mogę ich tak po prostu zostawić.

 

Czy ćwiczący często korzystają z Pana rad i doświadczenia?

 

S. A. – Przygotowuję młodych ludzi do startów, jeżdżę z nimi na zawody w trójboju siłowym i kulturystyce. Pomagam im, ponieważ sam startowałem, sam jestem sportowcem i nadal ćwiczę. Założyłem kiedyś stowarzyszenie, aby łatwiej było formalnie podejść do tematu. Ale nie traktuję klubu, jako miejsca wyłącznie dla kulturystów. Moja siłownia jest dla wszystkich. Pozostałym osobom opracowuję programy ćwiczeń, doglądam, jak sobie radzą. Nie wyobrażam sobie, że mając własną działalność zamykam się w gabinecie i nic nie robię. Jestem człowiekiem aktywnym i zawsze chętnie tłumaczę, pokazuję, co i jak, aby każdy wyszedł z siłowni z zaspokojonymi oczekiwaniami. Po to jestem.

 

Mówi Pan o zawodach. Czy Pana podopieczni mają jakieś sukcesy na swoim koncie?


S. A. – Oczywiście. Pierwszym przykładem jest mój syn, który jest dwukrotnym mistrzem Polski w trójboju siłowym w dyscyplinie wyciskania sztangi leżąc. Jego wynik to 230 kg.  Nieoficjalnie, na treningach wyciskał nawet 280 kg. To więcej o 80 kg niż wynosi rekord kraju. Do tej pory nikt nie pobił tego wyczynu w kategorii wiekowej juniorów. Drugą osobą jest Monika Biernacka. W latach 90. przygotowywaliśmy ją do zawodów kulturystycznych  razem ze wspólnikiem. Zajmowała wysokie miejsca na podium. Ale największe sukcesy odnosiła działając już na własną rękę. Mam jednak satysfakcję, iż przygotowanie i pierwsze szlify miała u nas. Są też inni, którzy wybili się w Polsce i osiągali sukcesy, np. kulturystka Justyna Sztorc, dwóch wicemistrzów Polski w kulturystyce klasycznej, Mariusz Żebrowski w najcięższej kategorii kulturystki. Mam też mistrza Polski, zawodnika startującego w pierwszych zawodach dla niepełnosprawnych w kulturystyce. Przygotowałem go, wystartował i zajął pierwsze miejsce, mimo braku dolnej kończyny i używając protezy. Wyglądał rewelacyjnie i zaskoczył wszystkich. I najświeższa z zawodniczek – Agnieszka Kalinowska, która zdobyła I miejsce w kategorii fitness sylwetkowe do 160 cm w Debiutach 2011.

 

Są sponsorzy, czy zawodnicy sami zapewniają sobie starty? Zakładam, że takie występy wiążą się z kosztami.


S. A. – I tu jest pies pogrzebany. Sponsorów brak, urzędy przyznają dotacje tylko dyscyplinom olimpijskim, więc często z własnej kieszeni organizowałem przejazdy, starty, składki i pobyt. Mam satysfakcję z tego, co robię, mimo iż zysków nie mam żadnych.

 

Prowadzi Pan siłownię, jeździ na zawody, działa również społecznie. Co na to wszystko żona?


S. A. – Żona czasem patrzy na mnie i zastanawia się, skąd u mnie tyle chęci do tego, co robię, mimo że niejednokrotnie wysłuchiwała moich narzekań na nieopłacalność całego biznesu oraz brak współpracy ze strony urzędów. Ale mimo wszystko rozumie to, ponieważ ma uprawnienia instruktorki rekreacji ruchowej ze specjalizacją fitness – ćwiczenia siłowe, więc wie, że trudno walczyć ze swoją pasją.

 

Czy ktoś Panu pomaga w prowadzeniu klubu?


S. A. – Jestem wielofunkcyjny i poza tym, że jestem prezesem „Samira”, to jednocześnie jestem także trenerem, barmanem, sprzątaczką, kierowcą, zaopatrzeniowcem, sekretarką. Spoczywają na mnie wszystkie obowiązki w klubie.

 

Człowiek-orkiestra. Mimo natłoku zajęć zaraża Pan optymizmem, pewnie dlatego są stali bywalcy w klubie, przyciąga Pan ludzi. W jakim wieku są klienci Samira?


S. A. – W różnym. Począwszy od młodych, 14-letnich chłopaków, po osoby starsze. Mój najstarszy „klient” ma 64 lata. Ludzie przychodzą do mnie, aby poprawić kondycję, albo ćwiczą w celach zdrowotnych. Panowie chcą nabrać masy mięśniowej, czyli mówiąc potocznie „przypakować”. Kobiety – dla dobrego samopoczucia wytrwale próbują zgubić zbędne kilogramy. W sporcie nie patrzy się na wiek, nigdy nie jest za późno, aby prowadzić aktywny tryb życia. Ale najbardziej cieszy mnie to, że każdy tutaj czuje się, jak wśród bliskich. Przychodzą, witają się, pomagają, radzą jedni drugim. Bardziej doświadczeni instruują nowicjuszy. Jest koleżeńska atmosfera. Tak powinno być.

 

Rozmawiała Ewelina Oberzig, fot. Samir

 

Sławomir Ambroszczyk w skrócie:
Sam o sobie – życiowy optymista

Najbardziej lubię – szczerość i ludzi z poczuciem humoru

Co mnie złości – nierzetelność, nieuczciwość, brak kompetencji osób, które robiąc coś, nie mają o tym pojęcia, drażni mnie również pozerstwo

Największy sukces – oczywiście rodzina, osiągnięcia sportowe i zawodowe

Największa porażka – nie ma nic takiego

Miejsca w Mińsku, które często odwiedzam – bardzo często chodzę do parku i na dobre jedzenie, bo w Mińsku mamy się czym pochwalić, jeśli chodzi o różnorodność kuchni

You have no rights to post comments