Dzisiaj jest: 18 Sierpień 2017    |    Imieniny obchodzą: Helena, Ilona, Bogusław

Po co nam wyłączność?

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 103 str 16 Strefa nieruchomości - umowySprzedam bezpośrednio” – to częsta formuła stosowana przez tych, którzy zaczynają sprzedawać swoją nieruchomość. Czasem jednak, często po miesiącach oczekiwania na klienta, udają się oni do pośrednika. A ten zaproponuje podpisanie jednej z dwóch umów: umowy pośrednictwa lub umowy pośrednictwa z klauzulą na wyłączność. Czym różnią się te umowy?

 

Na pozór wszystko jest jasne. Umowa bez klauzuli wyłączności pozwala na zawarcie wielu umów z różnymi pośrednikami i w powszechnej opinii oznacza większe pole manewru, więcej reklam, więcej klientów, większe szanse na szybką finalizację transakcji. Natomiast wyłączność kojarzy się z ograniczeniem tylko do jednego biura nieruchomości, zamknięciem na innych pośredników, agencje, wąską reklamę nieruchomości, mniejszą liczbą klientów, itp. Ile w tym prawdy, a ile naiwnych oczekiwań?

Z punktu widzenia agencji nieruchomości umowa bez wyłączności oznacza, że klient najprawdopodobniej podpisał podobne umowy z innymi pośrednikami. Żaden z nich nie ma pewności, czy to właśnie jemu uda się doprowadzić do finalizacji transakcji i czy koszty poniesione na reklamę nieruchomości zostaną zwrócone w postaci wynagrodzenia. Pośrednicy z takich agencji mają obawy, że kupujący skontaktuje się ze sprzedającym samodzielnie i utracą oni swoje wynagrodzenie. A ponieważ często nie są to obawy bezpodstawne, rodzi to kuriozalne sytuacje, w których pośrednik niemający wyłączności umawia się z klientem w terenie tak, by nie zdradzić potencjalnemu kupującemu lokalizacji nieruchomości.

Agencje podpisujące dużo umów niewyłącznych ograniczają koszty promocji nieruchomości do zamieszczenia oferty jedynie na swojej stronie internetowej lub w darmowych serwisach ogłoszeniowych. Czasem reklamują pakietowo wszystkie oferty w jednym miejscu, nie biorąc jednak pod uwagę, czy to jest odpowiednie miejsce na reklamę konkretnej nieruchomości.

Z całej bazy nieruchomości każdy pośrednik jest zainteresowany sprzedażą tego domu lub mieszkania, które właśnie on przyjął, np. do sprzedaży. Skoro zajęty jest swoimi ofertami, to nie ma czasu na sprzedaż innych ofert swojej agencji. To byłoby korzystne, gdyby nie fakt, że pośrednik pracujący w agencji musi przynieść konkretną liczbę podpisanych umów w rozliczeniu tygodniowym, miesięcznym czy kwartalnym. A podpisywanie dużej liczby umów skutkuje brakiem wiedzy na ich temat. Klient rozmawiając z takim pośrednikiem nigdy nie może być pewny, czy otrzymane informacje są zgodne z rzeczywistością. Tymczasem pomyłki i niedomówienia są niepożądane w przypadku dóbr luksusowych, a takimi są nieruchomości.

„Tylko wyłączność, innej umowy sobie nie wyobrażam” – każdy klient naprawdę zdecydowany sprzedać swoją nieruchomość powinien udzielić właśnie takiej odpowiedzi. Problem w tym, że klauzula wyłączności to, z perspektywy wielu sprzedających, najbardziej podejrzany zapis w umowach z pośrednikami. Na czym więc polega wyłączność? Według wielu opinii podstawową jej wadą jest to, że klient ogranicza się do jednej agencji. To stwierdzenie jest jednak tylko częściowo prawdziwe. Wiele agencji, i powinno się to sprawdzić podpisując takie umowy, współpracuje z innymi agencjami poprzez system wielokrotnego oferowania (MLS - Multiple Listing System). Obecnie obejmuje on ponad 300 biur pośrednictwa w całej Polsce. Oznacza to reklamę nieruchomości w 300 biurach bez ponoszenia przez klienta jakichkolwiek dodatkowych kosztów. Dla biura podpisującego umowy na wyłączność ryzyko związane z transakcją jest niskie. Dzięki temu może ono zainwestować w szeroką promocję oferty, nie ma również problemu z okazywaniem nieruchomości kupującym. Umowa na wyłączność nie oznacza więc, że klient skazany jest na jednego pośrednika. To pośrednik jest do wyłącznej dyspozycji klienta. I wykona za niego całą pracę związaną z rozreklamowaniem i przygotowaniem nieruchomości do sprzedaży. To on będzie odbierał dziesiątki telefonów i odpowiadał na setki, często niespotykanych pytań. To pośrednik podpowie i doradzi, jak postępować w konkretnym przypadku i jak bezpiecznie przeprowadzić całą transakcję. Klient ma prawo tego właśnie wymagać, bo zlecił prowadzenie spraw jednej firmie, jednej osobie. To ona będzie na wszystkich spotkaniach z klientem, to ona będzie pracowała przy sprzedaży danej nieruchomości i zna potrzeby klienta. Innymi słowy – wyłączność to posiadanie pośrednika i biura tylko dla siebie. Wtedy można wymagać i rozliczać z wykonanej pracy. Tylko umowa z klauzulą na wyłączność daje prawdziwe zobowiązania i odpowiedzialność agencji przed klientem. Warto jednak pamiętać, że ta umowa działa w obie strony.

 

Nr 103 str 16 Strefa nieruchomości - umowy Ulla RadloUrszula Radło

ekonomistka, dziennikarka i licencjonowana pośrednik w obrocie nieruchomościami. Współpracuje z Indywidualnym Biurem Nieruchomości Ewy Brzezińskiej, a także firmą analityczno-konsultingową SEENDICO. Ci, którzy mają pytania czy wątpliwości i chcieliby się nimi podzielić, mogą pisać na adres mailowy: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Alfabet doradcy ds. zarządzania

Ocena użytkowników:  / 1

Nr 78 str 12 Strefa obyczajów Alfabet zarządzającego O Zbyszku Sadowskim mówią: uzdrowiciel, „Kaszpirowski”, szaman, lekarz... Ale to na wyrost, bo przecież on „tylko” zajmuje się doradztwem w zakresie zarządzania. Jest osobą wspomagającą ludzi zarządzających firmą w zakresie rozwoju, niekiedy powiązanego z reorganizacją. Nie zawsze jego działania spotykają się z aprobatą pracowników, szczególnie jeśli zmusza ich do wzięcia pełnej odpowiedzialności za to, co robią... Pierwsze skojarzenie z literą alfabetu pokazuje człowieka takim, jakim jest, bez retuszu i umożliwia poznanie go z innej, nieznanej niektórym strony...

 

A jak asertywność

– zawsze miałem z tym problem. Choćby ten „Alfabet” :) Starając się być kooperatywnym, gubisz często własne priorytety. Zyskujesz uznanie, czasem wdzięczność, lecz na koniec dnia podsumowanie nie zawsze wypada dla ciebie dobrze. Ważne, by jasno określać własne wartości i chronić je przed zagrożeniami otoczenia. Szukaj rozwiązań zgodnych z interesem twojego środowiska, nie zaniedbując także siebie. Unikaj łatwych kompromisów. Realizując własne plany, osiągając cele, możesz innym dać coraz więcej. Tym samym, twoja asertywność będzie napotykała na coraz większe wyzwania :)

 

B jak bezpieczeństwo

– jak domek z kart. W jednej chwili cały twój świat może się zawalić. Bezpieczeństwo w pracy jest określone przez długość okresu wypowiedzenia. Warto nieustannie rozwijać się, by być atrakcyjnym pracownikiem dla swego chlebodawcy, ale również, by tworzyć grunt dla nowych wyzwań zawodowych.

 

C jak cel

– SMART. Im bliżej celu, tym bardziej oślepieni blaskiem sukcesu przyspieszamy i... nierzadko gubimy drogę.

 

D jak dobro interesów

– partykularnych? Wspólnych? Ogólnych? Niczyich...?

 

E jak empatia

– włazić w cudze buty? Boże chroń mnie od natchnionych empatyków. Nie chcę, by ktoś próbował dostrzec moją perspektywę, nie szukam zrozumienia dla siebie, oczekuję skupienia na moim przekazie.

 

F jak fałsz

– rewers prawdy... czarne – białe... orzeł czy reszka... ocena... wyrok...

 

G jak granice

– co poza nimi?

 

H jak hipokryzja

– „Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;

Maski coraz inne, coraz mylne się zakłada;

Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra

Przy otwartych i zamkniętych drzwiach.

To jest gra”*

 

I jak intuicja

– podszept szatana. Czasem zadziwia trafnością, ale ile problemów nastręcza, gdy zderza się z faktami...

 

J jak jakość

– stopniowalna. Wyraża się poprzez powtarzalność, a zatem przewidywalność. Kształtuje reputację i pozwala zbić kapitał rozlicznym instytucjom certyfikującym.

 

K jak kalkulacja

– „to się mnie nie kalkuluje”

 

L jak ludzie są...

– różni. Przeprowadzane w latach 60-tych XX wieku „testy posłuszeństwa”** wykazały, że ok. 65% spośród przypadkowo dobranych ludzi może zadać bliźniemu śmierć. Wystarczy pewny siebie, władczy głos prowadzącego eksperyment, zapewniający o zgodności postępowania z regułami i brakiem odpowiedzialności uczestnika za skutki badania. Choćby taka statystyka powoduje, że nie jestem zwolennikiem demokracji, powszechnych wyborów i ogólnie systemów, w których przyzwoitość jest zawsze w zakrzyczanej mniejszości.

 

Ł jak łatwowierność

– słodka cecha dzieci, rodziców, ufnych partnerów, ludzi prostych i prostaczków. Stymuluje śmiałość naciągaczy.

 

M jak manipulacja

– wszyscy jesteśmy jej poddani. Co dzień jej doświadczamy, a i sami niejednokrotnie stosujemy wobec innych, choć niekoniecznie mając na celu własny interes. Coraz mniej jednoznacznie określone pojęcie.

 

N jak nigdy w życiu...

– Na szczęście to zaklęcie nie ma mocy sprawczej.

 

O jak o sobie...

– możliwie jak najmniej :)

 

P jak projekt

– dobrze zaplanowane przedsięwzięcie. Przygotowywanie, realizacja i ciągły rozwój projektów, to moja praca.

 

R jak rozwój

– wzrost wywołujący zmiany jakościowe. Ważny etap rozwoju – cefalizacja, wyodrębnienie się głowy. W organizacjach, często następuje po dekapitacji, czyli pozbawieniu głowy poprzedniego prezesa.

 

S jak strategia

– określenie drogi dojścia do celu. Zadanie dla menadżerów i dowódców pierwszej linii dowodzenia. Wielka odpowiedzialność. Podobno w starożytnej Grecji, o stanowisko strategosa mógł się ubiegać obywatel zamożny i posiadający rodzinę w mieście, które powierzano jego pieczy. Nie stosuje się podobnych reguł w dzisiejszym biznesie.

 

T jak teoria

– ulubiony kosz na śmieci, tak zwanych praktyków: „to dobre tylko w teorii”. Lądują tam zwykle wszystkie nowe pomysły. Ci ludzie mentalnie żyją jeszcze w jaskiniach. Jeden z wybitnych ekonomistów, wobec zarzutu, że jego teoria jest nietrafiona, odparł jakoś tak: „wskazanie że model nie przystaje do rzeczywistości, nie dowodzi, że to model jest zły”.

 

U jak uczciwość

– cnoty szanować, samemu się nimi nie chwalić... Całe życie przekreślić można jednym uczynkiem. Dobrze jest ludziom religijnym. Ksiądz odpuści po paciorku i znowu można być uczciwym. Odmieńcy muszą pokutę czynić do końca swoich dni.

 

W jak wierzę, że...

– gdy brak mi wiedzy, przyjmuję jakieś założenia, wierzę że są słuszne, ale przekonuję się o tym, dopiero po fakcie. W szerszym kontekście moja wiara i ufność przechodziły wiele trudnych testów. Większość oblałem.

 

Z jak zaangażowanie

– co dzień słyszę o zaangażowaniu w pracę, zaangażowaniu w działalność społeczną, zaangażowaniu w poprawę jakichś warunków, itp. Chciałbym, by moi pracownicy angażowali się w związki rodzinne i wszelkie inne, którym emocje towarzyszą z natury rzeczy. W pracy, niech będą profesjonalni. Skupieni na dobrze wykonywanej robocie, rzetelni, zdyscyplinowani, panujący nad emocjami i nie epatujący zaangażowaniem.

 

Ż jak życie

– „Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam;

Życie to nie tylko kolorowa maskarada;

Życie jest straszniejsze i piękniejsze jest;

Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć”.

 

* Cytaty pochodzą z poezji Edwarda Stachury.

** Eksperymenty prowadził psycholog społeczny Stanley Milgram w latach 1961 i 1962 w USA. Badaniom poddano w sumie ok. 1000 przypadkowo zebranych mieszkańców stanu Connecticut oraz studentów uniwersytetu Yale. Eksperyment badał posłuszeństwo wobec autorytetów. W ciągu następnych kilku lat przeprowadzano serie kolejnych doświadczeń opartych na pomyśle Milgrama. Więcej informacji o konstrukcji, przebiegu i wynikach eksperymentu można znaleźć w internetowej Wikipedii lub w S. Milgram, Behavioral study of obedience. „Journal of Abnormal and Social Psychology”, 1963, 67, 371-378.

 

Wysłuchała Anna Kowalczyk

Modernizacja targowiska oczami kupców

Ocena użytkowników:  / 2

Nr 77 str 4 Strefa informacji targowisko 1 kwietnia rusza długo oczekiwana przebudowa miejskiego targowiska w Mińsku. Projekt rodzi duże nadzieje, ale też i sporo obaw. Zdecydowana większość mińszczan popiera tę inicjatywę, ale co o tym sądzą sami kupcy?

 

Jak mówi pan Łukasz: „Każdy ci powie, że modernizacja targowiska na pewno jest potrzebna. Boimy się jednak, że administracja rynku będzie nas, handlarzy, którzy dowożą towar samochodami przerzucać na drugą stronę placu. Obawiamy się, czy starczy tam dla nas miejsca. Poza tym, nie ma tu kanalizacji, dobrego oświetlenia czy porządnego zadaszenia. Klienci odwiedzają rynek zazwyczaj, gdy jest ciepło – późną wiosną, latem i wczesną jesień. Zimą mało się tu dzieje. Myślę, że remont niesie dużą nadzieję, nie tylko dla nas, ale zwłaszcza dla kupujących. Z roku na rok jest tu coraz mniej handlujących ludzi. To przykre”.

Zdaniem pana Karola, remont to dobry pomysł. Liczy on szczególnie na brukowane chodniki i „europejski standard”, ale po chwili dodaje: „problemem może być brak miejsca na rynku. Część ludzi prawdopodobnie zostanie bez pracy. Na targowisku pracuje obecnie wiele osób spoza miasta. Zależy mi na tym, żeby handlowali tu głównie mińszczanie”.

Podobnie myśli pani Renata: „mam nadzieję, że generalnie będzie lepiej, ale obawiam się, że może być drożej i nie dla wszystkich starczy miejsca po remoncie. Ma być tutaj dużo sektorów owocowo-warzywnych, a dla nas, „przemysłowców” może zabraknąć miejsca. Chciałabym też, żeby sektory były mądrze wydzielone”.

Pani Ewa uważa, że: „remont jest bardzo potrzebny. Liczymy na to, że nie zostaniemy pozbawieni miejsc pracy. Na całym świecie i w Europie istnieją porządne targowiska, więc dlaczego nie w Mińsku? Rynek generuje duże wpływy do budżetu miasta, w wysokości ponad miliona złotych rocznie, zupełnie jak duże, sprawnie działające przedsiębiorstwo handlowe. Niestety, na razie brak żadnych konkretów. Prawdopodobnie skończy się to bałaganem, zresztą jak zawsze”.

Pani Magdalena wtóruje: „na pewno stracimy wielu klientów. Wjadą buldożery, będzie kurz i duży hałas. To będzie niekorzystne dla nas wszystkich. Myślę, że chyba lepiej byłoby to zostawić tak, jak jest i uporać się z drobnymi niedoskonałościami, jak na przykład nieodpowiednio poobsadzane studzienki”.

Z kolei pan Stanisław troszczy się przede wszystkim o klienta: „gdybym to ja robił zadaszenia, zrobiłbym je nad alejkami, którymi poruszają się kupujący. Podstawową sprawą jest to, jak czuje się tutaj klient. My, handlarze zawsze sobie jakoś poradzimy, coś rozstawimy. Ale ważne jest, żeby klient nie musiał przebiegać, jak złodziej, tylko wygodnie sobie spacerował bez obawy, że coś kapie mu na głowę”. A jeśli chodzi o aspekt dotyczący bezpośrednio kupców, pan Stanisław narzeka na brak informacji, które są okrojone. „W internecie jest oszczędny komunikat, a nikt tutaj do nas bezpośrednio nie przyszedł porozmawiać. Remont jest potrzebny. Wiadomo, że kostka, że poprawiona toaleta, ale tablica elektroniczna to już „kwiatek do kożucha”. Nie wiadomo też czy handlarze będą mogli wjechać samochodem, rozładować towar i zostawić go na placu. Jeśli po rozładowaniu trzeba będzie jeszcze opuścić plac w celu zaparkowania auta, klęska gotowa” – mówi pan Stanisław.

Pan Janusz narzeka na skandalicznie wysokie stawki za rezerwację miejsc i na płatną toaletę: „niedzielę administratorzy traktują jako dzień handlowy. O co tu chodzi? Rozumiem, tydzień roboczy, ale nie, niedziela. Dodatkowo toaleta jest płatna dla nas, handlarzy. W każdym innym miejscu publicznym jest darmowa, a my musimy płacić”.

Panowie Bogdan i Zdzisław również są pełni obaw. Pierwszemu zależy na tym, żeby zachować miejsce na, którym handluje od kilkunastu lat. Natomiast drugi chciałby, żeby administratorzy rynku częściej się na nim pojawiali. „Przyjedź tu o 6 rano i znajdź kogoś, kto zarządza targowiskiem. Nikogo nie ma! Jeśli przyjedzie handlować ktoś obcy, to nie wie, gdzie stanąć i nie ma się nawet kogo o to zapytać. Dopiero o godz. 11 pojawiają się panowie z torbami na szyi i zaczynają pobierać opłaty”.

Są na targowisku też ludzie, którzy nie przejmują się problemami i optymistycznie patrzą w przyszłość. Jedna z handlujących kobiet zapytana o to, co będzie robić w trakcie modernizacji rynku dziarsko odpowiedziała: „zrobię sobie cztery miesiące przerwy, odpocznę trochę, będę jeździła na chłopaki, na rower i super!”

Opinie z miejskiego targowiska zebrał Kamil Komorowski, fot. Iza Furdal

Bartek S.A.

Ocena użytkowników:  / 6

„Trzeba zawsze pamiętać o podstawowych wartościach takich jak zdrowie, miłość, rodzina. Wiem, że to banalne, ale prawdziwe. Nie warto poświęcać wielu spraw za wszelką cenę. Nie jest to recepta na walkę ze stresem, tylko wskazówka, jak nie zwariować w otaczającej nas rzeczywistości” – mówi Paweł Bartnicki, prezes mińskiej firmy Bartek S.A.



W 2003 r. w Newsweeku napisano: „niewielka firma Bartek Pawła Bartnickiego z Mińska Mazowieckiego podbija krajowy rynek butów dziecięcych”. Teraz nikt już nie odważy się nazwać Bartka „niewielką firmą” – to niekwestionowany lider obuwia dziecięcego na polskim rynku. Ale nie tylko. Buty Bartka można kupić też na: Litwie, Łotwie, Ukrainie, Białorusi, w Rosji, na Słowacji, w Czechach, Niemczech, Belgii, Wielkiej Brytanii, Irlandii, a także w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Strefa Mińsk rozmawia z Pawłem Bartnickim:

 

Jak powstała firma Bartek?


Paweł Bartnicki (P. B.) – Historia firmy sięga 1991 r. Mój tata – Janusz Bartnicki od dawna związany był z branżą obuwniczą. Przez długie lata pracował w państwowym zakładzie „Syrena”. To tam zdobył doświadczenie, które pozwoliło mu otworzyć własny zakład produkujący wykrojniki do rozkroju elementów obuwia. Transformacja początku lat 90. spowodowała upadek państwowych przedsiębiorstw. Wielu producentów wyprzedawało maszyny, urządzenia i wyposażenie, które stało bezczynnie w halach fabryk. Taka sytuacja sprawiła, że specjalistyczny sprzęt można było zakupić po bardzo korzystnych cenach. I to był czas narodzin Bartka. Początkowo firma produkowała kapcie. Jednak rosnące koszty produkcji i niska sprzedaż, będąca rezultatem napływu taniego obuwia z Dalekiego Wschodu sprawiły, że w 1993r. zmieniiliśmy profil działalności. Przestawiliśmy firmę na produkcję wyrobów bardziej ekskluzywnych – naszym nowym produktem stało się obuwie dziecięce.

Czytaj więcej: Bartek S.A.

Mam pamięć do smaków

Ocena użytkowników:  / 4

Paweł Bęś„W tym zawodzie człowiek uczy się całe życie i nie ma tak, że coś robi się doskonale. Kiedyś pracowałem z szefem kuchni, który przychodził do mnie, gdy gotowałem jakieś danie i mówił, że przygotowałem  je na trójkę, bo na czwórkę gotuje on, a na piątkę tylko Pan Bóg. Ale to prawda, że na budowanie smaku i potrawy składa się tyle czynników, że jeśli któryś z nich się przeskoczy lub coś zrobi się źle, to efekt końcowy będzie niezadowalający”


– przekonuje Paweł Bęś, szef restauracji „Pałacowa”.


Przygotowanie posiłku to dla pana praca, hobby czy sztuka?


Paweł Bęś (P. B.) – Można powiedzieć, że wszystko po trochu. Gotowanie jest moją pracą od bardzo wielu lat. To także moje hobby, bo lubię gotować. Już w szkole podstawowej wiedziałem, że zostanę kucharzem i po jej ukończeniu kontynuowałem naukę w szkole gastronomicznej. Ale w jedzeniu doszukuję się przede wszystkim sztuki. Do każdego posiłku wkładam serce i zawsze mówię, że każde danie powinno mieć duszę. Trzeba naprawdę posiadać umiejętności, aby wyciągnąć z potraw pewne smaki. I wtedy jest to sztuka. 

Czytaj więcej: Mam pamięć do smaków

Społecznie odpowiedzialni

Ocena użytkowników:  / 1

Nr 52 str 10 Strefa biznesu odpowiedzielaność głowneSpołecznie odpowiedzialni


Jeszcze kilka lat temu o społecznej odpowiedzialności biznesu nie mówiło się zbyt wiele zarówno w dużych, jak i w mniejszych firmach. Obecnie opinia publiczna coraz częściej ocenia przedsiębiorstwa poprzez ich społeczne postawy. Jeżeli firma zachowuje się nieetycznie, jeśli źle traktuje pracowników, jest w niezgodzie z działaniami ekologicznymi, nie współpracuje z lokalnymi środowiskami – traci zaufanie konsumentów, którzy stali się bardziej świadomi swoich praw oraz mechanizmów rządzących gospodarką. Dlatego postanowiliśmy zgłębić temat. O społecznej odpowiedzialności biznesu rozmawiamy z Michałem Grochockim, dyrektorem oddziału SK Bank w Mińsku.


Co to jest społeczna odpowiedzialność biznesu?

Michał Grochocki (M. G.) – To biznesowa postawa, która nie jest egoistyczna, która zarazem wspiera różnego rodzaju działania na rzecz społeczeństwa, najczęściej lokalnego. Dba o jego rozwój.

Czytaj więcej: Społecznie odpowiedzialni

W świecie starych rzeczy

Ocena użytkowników:  / 4

Nr 51 str 12 Strefa biznesu kuferek główneStare zegary, które mają w sobie moc przemijania czasu, obrazy, które mówią i masa innych rzeczy wiążących się z ludzką pamięcią i wspomnieniami – wszystko to znajdziemy w tajemniczym „Kuferku Babci Heleny” przy ul. Piłsudskiego, sklepie innym niż wszystkie w Mińsku. O wielkiej pasji zbierania staroci opowiada nam jego właścicielka – Teresa Galik.


Dlaczego sklep ze starociami?


Teresa Galik (T. G.) – Uwielbiam świat starych rzeczy. Od dawna zadawałam sobie pytanie – skąd się to u mnie wzięło? Na pewno z poszukiwania własnej tożsamości, ale konkretnej odpowiedzi nie otrzymałam do tej pory. Kiedy widzę przedmiot, który ma piękną linię, barwy, swoją historię, to po prostu chcę go mieć. Mam partnera, który również jest kolekcjonerem starych przedmiotów. W pewnym momencie okazało się, że nasze mieszkanie stało się za małe, aby pomieścić w nim wszystkie rzeczy, dlatego otworzyłam „Kuferek Babci Heleny”. A nazwa sklepu powstała ku pamięci mojej zmarłej mamy – Heleny.


Jak pani zdobywa wszystkie te starocia?


T. G. – Często przynoszą je ludzie, bo nie wiedzą co zrobić z rzeczami po zmarłych, albo tymi, które nie są już im potrzebne. Skupuję je i trafiają do „Kuferka”. Niektóre starocia ściągam z zagranicy, albo z różnych targów organizowanych w kraju.


Co można kupić w „Kuferku Babci Heleny”?


T. G. – Wszystko, co wiąże się z ludzką tożsamością, z marzeniami, z przeszłością, z naszymi przeżyciami, głównie z dzieciństwa. W sklepie jest bardzo dużo rzeczy robionych ręcznie, np. stare śląskie firany, obrusy, anioły. Są też obrazy, porcelanowe zastawy, kapelusze, sztućce i wiele wiele innych cudeniek. Najważniejsze, że każda rzecz jest inna, niepowtarzalna.Nr 51 str 12 Strefa biznesu kuferek 4


Kto i co u pani kupuje?


T. G. – Przychodzą do nas kolekcjonerzy, którzy zbierają przeróżne rzeczy – od łyżeczek, monet, banknotów, po stare świeczniki, porcelanę, książki z XVI, XVII czy XVII wieku. To taka zabawa z duszą. A im starszy przedmiot, tym dla osoby kupującej jest bardziej cenny. Może być nadgryziony zębem czasu, a ona i tak będzie nim zainteresowana. Właśnie tak tworzą się kolekcje.


Kolekcjonowanie starych rzeczy to drogie hobby?


T. G. – To zależy. Można zbierać Biedermeier’a, Rosenthal’a, Miśnię i wtedy jest to bardzo droga pasja. Ale można swoją kolekcję oprzeć na niemieckiej, czy angielskiej porcelanie, która jest tańsza. Wszystko zależy od tego, jakimi funduszami dysponujemy i jakie mamy potrzeby.


A co pani kolekcjonuje?


T. G. – Najbardziej pasjonują mnie kobiety renesansu. Dlatego kolekcjonuję różne grafiki przedstawiające damy z przeszłości. Lubię obserwować miniony czas poprzez kobiety. Daje mi to oddech we współczesnym, pędzącym z zawrotną prędkością świecie. W takich momentach przypomina mi się moje motto życiowe, że „każdy dzień jest darowany i jesteśmy tu tylko na chwilę”. Stąd najpewniej wzięła się ta moja pasja.  


Nr 51 str 12 Strefa biznesu kuferek 3Można zarobić na takim biznesie?


T. G. – To nie biznes, tylko pasja. Wszystkie rzeczy są używane, więc nie mogę powiedzieć o wielkich zyskach, ale nie to akurat jest dla mnie najważniejsze. Mam satysfakcję z obcowania z tymi przedmiotami. Ale też nie narzekam na odwiedzających czy kupujących. W Mińsku są pasjonaci, numizmatycy, są kolekcjonerzy porcelany, sztućców, naparstków i wszelkich różności. Poza tym, ludzie nie przychodzą do mnie tylko po to, aby kupować, ale też żeby porozmawiać, bo szukają bratniej duszy. Jest wielu starszych osób, które wchodzą do sklepu i mówią – „Boże, to jest ten świat, w którym się wychowałem. U nas w domu tak było”. Pytają też, czy Nr 51 str 12 Strefa biznesu kuferek 5mogą tylko popatrzeć, powspominać. Przed „Kuferkiem” stoi wielka tara, na której jest napisane „Wejdź gościu”. Nie kliencie, a gościu, bo tu panuje swoisty klimat i każdy jest mile widziany.


Ale nie tylko napis na tarze zaprasza do środka. Można powiedzieć, że rzeczy z „Kuferka” wychodzą do ludzi i kuszą ich, aby się zatrzymali i weszli w ten magiczny świat staroci.


T. G. – Klienci, a przede wszystkim właściciele tracą przez to, że tak smutno wyglądają sklepowe wystawy. A przecież można postawić przed wejściem dwie donice z kwiatami czy małe wiklinowe stoliczki i już stworzy się przyjemny klimat. Wszędzie za granicą właściciele wystawiają przed sklepami parasoleczki, dzwonki, kwiaty, ludzie wręcz ocierają się o rzeczy, które zachęcają ich do kupna i zapraszają, aby weszli do środka. U nas tego nie ma. Dlatego uważam, że od mojego przyjazdu Mińsk nabrał barw, ponieważ przełamałam stereotyp wystawiając przed sklepem rzeczy, które sprzedaję. Od początku starałam się coś pozmieniać, aby nie było tak szaro, smutno. I tak właśnie powinni zapraszać kupujących wszyscy mińscy sklepikarze.


Rozmawiała i fot. Izabela Furdal

 

Teresa Galik w skrócie:
Najbardziej lubię – patrzeć na szczęśliwych ludzi.
Co mnie złości – głupota i brak wrażliwości na ludzką krzywdę.
Największy sukces – że mogłam pomóc kilku ludzkim istnieniom.
Największa porażka – to, że ciężko jest się uporać z przeszłością.
Ulubione miejsca w Mińsku – mój dom.

Schizofreniczne krajmstory

Ocena użytkowników:  / 3

JarekKiedyś, przez przypadek, wpadłem na zagadkową sprawę. Była na tyle intrygująca, że nie zauważyłem kiedy stałem się słabszą kopią porucznika Borewicza z „07 zgłoś się” Grupa, którą odkryłem działa w sposób zorganizowany i najczęściej przemyślany. Każda osobowość odmienna, każda będąca trybikiem, działającym jak jeden organizm...


Z ich identyfikacją miałem przez lata ogromne problemy, była mocno utrudniona ze względu na duży poziom konspiracji – każda osobowość posługiwała się literą, jako jedynym identyfikatorem. Możecie się wczuć w łamigłówki powstające ze strzępów informacji, które udało mi się ustalić. Zrozumienie celu działania nie jest proste, ciągle zadaję sobie pytanie, co czemu służy. Przez lata przemyśleń wydawało mi się, że wiem już dużo, ale ciągle jestem zaskakiwany odkrywanymi faktami.


Udało mi się ustalić, że mózgiem grupy jest Pan W. Mówią że potrafi wniknąć do ludzkiego wnętrza, zbiera do kupy tę gmatwaninę osobowości najczęściej z dobrym efektem. Raczej panuje nad emocjami, ale potrafi wybuchnąć. Kolejny trybik to Pan A. – kompletny dziwak. Mówi o sobie „esteta”. Czasem zamyka się na kilka chwil z „Encyklopedią Surrealizmu” i butelką czerwonego wina i po kilku godzinach wychodzi jakby odmieniony. Typ lekko ekstrawagancki i romantyczny. Trudno jest ustalić jednoznacznie jego rolę w Grupie. Pan Ł. to chyba najnormalniejszy element całej składanki – nie imprezuje, nie udziela się, czas spędza z rodziną, ewentualnie z gazetą i herbatą w ręku. Taki idealny sąsiad i mieszkaniec. Nie wychyla się i trudno znaleźć na niego jakiegoś haka. Pan S. to pracoholik, nieważne, co robi, byle dawało mu to satysfakcję. Zazdrości siły wewnętrznej wszystkim, którzy na luzie mogą powiedzieć „mam wszystko w d...”. Ambitny – może dlatego Pan W. bacznie mu się przygląda. Pan O. – to facet w ciągłym ruchu, uzależniony od sportu. Jak Chev grany przez Jasona Stathama w filmie „Adrenalina” nabył przekonanie, że kiedy puls spada poniżej 120/min to przestaje żyć. Sypia z rękawicami bokserskimi i ochraniaczami piszczeli, ból traktuje, jak bicie serca – bez tego życie nie jest możliwe. Jego działka to czarna robota. Kolejny element – Pan R. – zupełnie nie pasuje tej do układanki. Altruista uznawany przez resztę za mięczaka, typ wrażliwy na ludzką krzywdę, płacze na filmach i wstydzi się tego, może dlatego nigdy nie chodzi do kina. Pan A. to koleś z alergią na męty, nie cierpi dresów, ma często za złe swojemu koledze Panu O., że pojawia się w nienagannym dresiku znanej firmy z drapieżnym kociakiem. Kiedy się nie zgadza z Panem O. zagaduje do niego tesktem – „idź wyprowadź pumę na siku”. Jego ulubiony dowcip to bajka o dresie o krótkiej treści „ide po lesie i dre sie”. Pan J. dobrze czuje się w biznesie, lubi pieniądz, choć jak twierdzi – jest raczej miłym efektem ubocznym dobrego przedsięwzięcia. To księgowy Grupy.


Musiałem w końcu uwierzyć, choć nie bez trudności, że ten zlepek osobowości stanowi jeden organizm. Oczywiście, współpraca nie jest usłana różami, to raczej wieczne kompromisy i częste próby przeciągania innych na swoją stronę. Cel postawiony przed laty, czyli dekonspiracja Grupy wcale się nie przybliżał. Kiedyś oglądałem odcinek „Kapitana Klosa” o próbie odnalezienia osobnika nazywanego WOLF. Okazało się, że WOLF to nie jeden człowiek, lecz skrót od nazwisk czterech wysokich rangą oficerów niemieckich, którzy znaleźli niebanalny sposób na ukrycie swojej działalności. Wtedy mnie olśniło. Złożyłem litery od końca i wyszło JAROSŁAW – imię nie wzbudzające u mnie pozytywnych skojarzeń ale dające pewne podejrzenia. Jasne, przecież w tym zlepku osobowości nie chodzi o osoby, tylko o rozwarstwienie jaźni, chodzi o jednego człowieka. Czyżby chodziło o Jarosława R. pomysłodawcę tygodnika Strefa Mińsk? Muszę to wyjaśnić bo trop wydaje się bardzo prawdopodobny...


Od autora: potraktujcie to, co napisałem, jak rubrykę w formularzu ubarwioną schizofreniczną historyjką kryminalną pokrytą nalotem bujnej wyobraźni :)

 

 


Przedstawiciel handlowy

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 49 str 14 strefa biznesu ArturPrzedstawiciel handlowy (inaczej: sprzedawca terenowy, komiwojażer) to osoba odpowiedzialna za pozyskiwanie i obsługę klientów dla zatrudniającej go firmy. Posłuchajcie, jak to ze mną było...

Blisko rok temu postanowiłem zakończyć pewien etap swojego życia zawodowego. Chciałem spróbować sił w czymś zupełnie innym. Miałem już ogólnie sprecyzowany plan tego, co będę robił dalej i powoli się do tego przygotowywałem. Tylko, że życie pisze swoje scenariusze i ma w nosie nasze założenia – następuje nieoczekiwany zwrot i robimy coś, o czym wcześniej w ogóle nie myśleliśmy. Pewnego dnia otrzymałem propozycję pracy jako handlowiec w nowo otwieranym mińskim tygodniku.

W pierwszej chwili stanął mi przed oczami obraz: kartka na drzwiach wejściowych sklepów, urzędów, biur, na której było napisane, że „akwizytorom i handlowcom dziękujemy”. Pomimo tego niemiłego skojarzenia, umówiłem się na rozmowę, by się dowiedzieć, co miałbym robić. W jej trakcie zapoznano mnie z charakterem nowego tygodnika, jego nakładem, dystrybucją, a przede wszystkim nazwą – wtedy usłyszałem po raz pierwszy tytuł „Strefa Mińsk”. Nakreślono mi  pokrótce, jakie są oczekiwania członków zarządu wobec handlowca. Ogólne zasady funkcjonowania tygodnika były jasne, moje zadania też, ale jak tu zacząć zbierać reklamy, gdy dotychczas nigdy tego nie robiłem. Szczególnie przerażało mnie to, że mam odwiedzać ludzi i zachęcać do tego, by reklamowali w gazecie swoje usługi, sklepy i firmy. Zrodziły się obawy, jak będę odbierany przez reklamodawców i czy dam radę? Jednak jako „nałogowy optymista” pomyślałem: może warto spróbować? Zawsze to nowe doświadczenie. Przecież nic nie ryzykuję. Podjąłem więc nowe wyzwanie.

Początkowo szło opornie. Było to tym trudniejsze, że reklamy wspólnie z innymi handlowcami zbieraliśmy jeszcze przed ukazaniem się pierwszego numeru „Strefy”. Wprawdzie ludzie byli mili, z zainteresowaniem słuchali tego co, im mówiłem i oferowałem, ale na tym się kończyło. Nikt nie decydował się na zakup reklamy. Po dwóch tygodniach mój entuzjazm wyparował, zaczynało ogarniać mnie zniechęcenie, a najgorsze było to, że pozostali handlowcy zdobyli już swoje pierwsze zamówienia. Tłumaczyłem sobie, że to zupełnie nowy tygodnik, że reklamodawcy nie chcą wchodzić w coś, czego nie znają, ale jak już „Strefa” ukaże się na rynku, to będzie lepiej. Wyszedł pierwszy numer, potem drugi, a mi jak nie szło, tak nie szło. Dołowałem coraz bardziej, aż któregoś dnia mój telefon odezwał się i usłyszałem w słuchawce – „Chciałabym zamówić reklamę...”

Minął rok. Przez ten czas zmieniłem swoje poglądy na temat pracy handlowca i tego, jak jest odbierany przez ludzi biznesu. Moje obawy w tym względzie minęły. Osoby, do których przychodzę są sympatyczne i nie tworzą (czego się najbardziej obawiałem) dystansu. Do reklamy i do handlowców podchodzą profesjonalnie. Wiedzą, co im oferujemy i jeżeli tylko nasza propozycja pokrywa się z ich planami sprzedażowymi, najczęściej decydują się na zamieszczenie reklamy.

Z  perspektywy czasu mogę powiedzieć, że praca handlowca nie należy do łatwych (cały czas jestem w ruchu, wiszę na słuchawce, śledzę pocztę i prowadzę korespondencję, rozmawiam z klientami, wypełniam faktury, pilnuję, aby pliki graficzne były na czas przed złożeniem numeru do druku). Ale daje też ona wiele satysfakcji. A jej efekty są szybko widoczne – każdego tygodnia, gdy ukazuje się kolejny numer „Strefy Mińsk”.


Tekst Artur Wąsowski

Życie usłane kwiatami

Ocena użytkowników:  / 8

DSC01540Kwiaciarnia Viro przy ul. Dąbrówki działa w mińsku od 2000 r. Prowadzi ją Izabella Walewska-Ogrodnik razem z mężem Rafałem. Zapytaliśmy ją, jak narodził się pomysł na taki biznes, ile z niego radości, a ile przy nim zachodu? I czy to pasja, czy po prostu zawód?


Skąd pomysł właśnie na kwiaciarnię?
Izabella Walewska-Ogrodnik (I. W.-O.) – To zupełny przypadek. Jedna z moich koleżanek mieszkająca na ul. Łupińskiego skarżyła się, że w okolicy brakuje kwiaciarni. Doszłam do wniosku, że może ją założę. Kolega znalazł mi kurs bukieciarski w Warszawie i od tego wszystko się zaczęło. A na kursie poznałam Rafała i po roku otwieraliśmy kwiaciarnię wspólnie – już jako małżeństwo.

 

 


Jak zostać Mistrzem Florystyki?
I. W.-O. – W teorii trzeba najpierw skończyć szkołę florystyczną z tytułem florysty, a potem szkołę mistrzowską zakończoną egzaminami teoretycznymi i prezentacją własnych prac. W praktyce, to kilka lat nauki połączonych z warsztatami, pokazami i wystawami. Zdobycie samego tytułu Mistrza Florystyki polega przede wszystkim na pokazaniu przed komisją swojej kreatywności i zastosowania wiedzy w takich pracach, jak: wiązanka ślubna, bukiet, dekoracja stołu i duża forma. To tak w skrócie, bo to temat rzeka i mogłabym długo jeszcze o tym mówić.


Czytaj więcej: Życie usłane kwiatami

Auto do kasacji

Ocena użytkowników:  / 1

Nr 43 str 12 Strefa biznesu autokasacja główneDlaczego jest tak ważne, aby nie porzucać samochodu byle jak i byle gdzie, ale oddać do warsztatu, który odpowiednio zajmie się wyeksploatowanym autem? Czy jest prawdą, że formalności stanie się zadość, a my skorzystamy na tym finansowo? Osobą z wiedzą, doświadczeniem i jednocześnie fachowcem z uprawnieniami do takich działań jest Paweł Lis z firmy „P. H. U. FOX Kazimierz Lis” mieszczącej się w Nowych Osinach, która kompleksowo zajmuje się autokasacją.

Jakie kroki musimy podjąć, jeśli z różnych powodów nasz samochód nie nadaje się już do jazdy?

Paweł Lis (P. L.) – Przede wszystkim należy uświadomić wielu ludziom, że z autokasacją nie wiąże się ponoszenie kosztów przez właściciela, który chce się pozbyć auta. Wręcz przeciwnie, to zakład, który przejmuje pojazd wypłaca klientowi pieniądze za to, że ten zostawia samochód. Wiele osób przez swoją niewiedzę nie decyduje się na legalny demontaż i utylizację „czterech kółek”, aby nie ponosić dodatkowych kosztów. Z kolei inni oddają samochód na złom.

A formalności? Przecież złomując samochód lub porzucając go, nie mamy dokumentu poświadczającego, że auto zostało zutylizowane ?

P. L. – Dokładnie tak. I potem jest problem w urzędzie, kiedy trzeba pojazd wyrejestrować. Nie mówiąc o problemach z ubezpieczycielem.

Co się dzieje a autem, które klienci zostawiają u Pana?

P. L. – Zacznijmy od tego, że trzeba równolegle i równocześnie rozwiązywać trzy problemy będące głównymi elementami pierwszego etapu odzysku, zwanego ogólnie demontażem lub etapem wstępnym recyklingu. Są to: zbieranie/pozyskiwanie samochodów, demontaż samochodów, dystrybucja części i materiałów odzyskanych z demontażu samochodów, a także przekazywanie wraków do strzępiarek i dystrybucja odpadów do dalszej utylizacji lub składowania.

Czytaj więcej: Auto do kasacji