Dzisiaj jest: 26 Maj 2018    |    Imieniny obchodzą: Filip, Paulina, Marianna

Moje marzenia się spełniły

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 

Jarosław KretNiestety, zaplanowane na czwartek, 29 września spotkanie z Jarosławem Kretem w Miejskiej Bibliotece Publicznej zostało odwołane z powodu choroby znanego dziennikarza, podróżnika i prezentera pogody. Odbędzie się ono w innym terminie, a tymczasem w Strefie Mińsk Jarosław Kret opowiada o swoich pasjach i pracy.


Co się stało, że nie mógł Pan przyjechać na spotkanie?


Jarosław Kret (J. K.) – Znów odezwało się zapalenie krążka rdzeniowego w kręgosłupie – brzmi enigmatycznie, ale za to jest potwornie bolesne i kompletnie uniemożliwiające poruszanie się. To wynik przepracowania, braku wakacji i zbyt częstego jeżdżenia samochodem. Chyba przesiądę się... w samolot.

 

Właśnie ukazała się Pana książka „Planeta według Kreta”. W jakie miejsca tym razem zabiera Pan czytelników?


Jarosław Kret (J. K.) – W założeniu „Planeta” miała nawiązywać do programu telewizyjnego pod tym samym tytułem. Kiedy przerwaliśmy kręcenie cyklu po ponad 20. odcinkach stwierdziłem, że nie pokazaliśmy w nim jeszcze wielu ciekawych miejsc. I dlatego w książce, oprócz wątków austriackiego, weneckiego, bliskowschodniego czy dotyczącego Ziemi Świętej znalazły się teksty poświęcone np. Madagaskarowi, Brazylii i pustyni Atakama. Zdradzę też, że to pierwsza część moich opowieści o ludziach i świecie. W kolejnej „Planecie” pokażę jeszcze inne miejsca.

 

 

Jarosław Kret

A pamięta Pan swoją pierwszą podróż?


J. K. – Oczywiście – odbyłem ją z brzucha mamy w świat. A mówiąc poważnie, to kiedyś wyruszyłem autostopem do Grecji z zamiarem zobaczenia też Egiptu. W końcu nie udało mi się tam dotrzeć, ale kilka lat później, już jako student egiptologii wyjechałem na stypendium do Kairu. I tamten pobyt w Egipcie był moją pierwszą rasową podróżą, która miała coś na celu, bo swoje wyprawy traktuję zawodowo. Duża część miejsc, które opisałem w „Planecie” to fragmenty wyjazdów związanych właśnie z pracą dziennikarską, np. tekst opowiadający o mojej wyprawie taksówką z Libanu do Jordanii to pokłosie podróży na Wzgórza Golan, gdzie miałem zrobić reportaż o stacjonujących tam jednostkach ONZ. Z kolei tekst o włóczeniu się po brazylijskiej dżungli, to efekt kręconego kiedyś przeze mnie filmu dokumentalnego.

 

Kora śpiewała w jednej z piosenek, że „podróżować jest bosko” – czy tak rzeczywiście jest i w czym ta boskość się objawia.


J. K. – Bosko jest robić to, co się lubi i jeszcze móc się z tego utrzymać. Marzyłem, aby jeździć po świecie i robić filmy. Potem chciałem zostać fotoreporterem National Geographic. I wszystko mi się spełniło – jeżdżę po świecie, robię filmy i przez jakiś czas pracowałem dla National Geographic, a nawet współtworzyłem polską redakcję tego czasopisma i pracowałem w niej przez kilka lat. Co prawda moje podróżowanie jest w zupełnie innych realiach, w porównaniu do podróżowania amatorsko-wakacyjnego, ale wciąż jest to bardzo przyjemne.

 

Jak Pan się przygotowuje do podróży?


J. K. – Przygotowanie zależy od tego, czy wyjeżdżam z kamerą, aparatem, czy z notesem, bo w zależności od tego w mojej walizce lądują różne rzeczy. Obowiązkowo sprawdzam też, jaka jest pogoda – to dla mnie fundamentalna sprawa w przygotowaniu się do wyjazdu. Ale nie korzystam z czyichś podpowiedzi, a zwłaszcza z przewodników, bo opisują już wytyczone trasy. Wolę poddać się nurtowi i klimatowi jaki panuje na miejscu, samemu znaleźć swoich informatorów i ciekawe przestrzenie, które chcę opisać. Czasem jadę też w ciemno. W połowie października będę np. w Austrii na zlocie niemieckojęzycznych prezenterów pogody. W jego trakcie dziennikarze będą mieli możliwość nadawania relacji z różnych, bardzo szczególnych miejsc, np. ze szczeliny lodowca, albo z balonu lecącego nad Alpami. Sam nie będę przygotowywał tam programu – po prostu chcę na żywioł przyjąć to, co tam zobaczę. I być może kiedyś wrócę do Austrii z kamerą, żeby pokazać problem powstawania szczelin w lodowcach, który może wiązać się z ociepleniem klimatu.

 

Co Pan ceni sobie najbardziej w swoich podróżach?


J. K. – Zdecydowanie element zaskoczenia. I to, że w niektórych miejscach mogę posiedzieć dłużej. Dzięki temu można opisać potem świat takim, jakim jest naprawdę. To na takiej samej zasadzie, jak dobry fotograf nie wyjmuje od razu aparatu, tylko najpierw zaczyna żyć danym miejscem, chłonie je, i dopiero po pewnym czasie robi zdjęcia. Na zimno kalkuluje, co jest najcenniejszego do sfotografowania. Chodzi o to, żeby nie patrzeć okiem neofity na rzeczy, które dzieją się wokół nas, tylko zobaczyć je takimi, jakimi widzą je mieszkańcy danego regionu. Kiedy np. jechałem autostopem przez Bliski Wschód, to po kilku tygodniach już czułem się, jak człowiek stamtąd. I zupełnie inaczej zacząłem patrzeć na tamtejszą rzeczywistość. Chodzi o to, żeby napisać prawdę.

 

A czy zdarzyły się Panu jakieś niebezpieczne sytuacje podczas podróży?


J. K. – Niebezpieczne sytuacje zdarzają się wtedy, kiedy człowiek sam się w nie pcha, zgodnie z przysłowiem, że jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Kiedy pracowałem nad albumem „Moja Ziemia Święta” i przebywałem w Izraelu wiele miesięcy, dostałem propozycję od potężnej agencji fotograficznej, żeby fotografować Ziemie Palestyńskie podczas rozruchów. Oczywiście odmówiłem, bo nie pojechałem tam, żeby polować na śmierć. Ale jeśli ktoś przyjął tę propozycję, to musi się liczyć z tym, że w trakcie działań wojennych może przydarzyć mu się coś niebezpiecznego. To tak jak w życiu – jeśli mamy pełną świadomość tego, co robimy to nie wejdziemy na jezdnię, po której jeżdżą rozpędzone samochody. Ale tak naprawdę największym  naszym wrogiem jest to, co jest najmniej widoczne – np. bakterie, pierwotniaki, różne wirusy. To jest niebezpieczeństwo, z którym współczesny podróżnik ma szansę zetknąć się na każdym kroku i bardzo często nie jest tego świadomy. Zagrożenia w stylu dzikie plemię czy krwiożerczy tygrys polujący na turystów można wsadzić pomiędzy dziewiętnastowieczne bajki. A jedyna niebezpieczna sytuacja, jaka mi się przydarzyła, miała miejsce w bardzo luksusowej dzielnicy Sztokholmu, gdy wieczorem zostałem zaczepiony przez grupę wyrostków, którzy chcieli pieniędzy. Nie miałem nawet drobnych, bo byłem wtedy studentem i zbierałem puszki, które miałem sprzedać następnego dnia rano, żeby kupić sobie śniadanie. Zaproponowałem więc moim napastnikom owe puszki, ale wtedy odeszli zawstydzeni.

 

Ma Pan swoje ulubione miejsce na ziemi?


J. K. – Miejsca na ziemi są piękne, ale istota tego piękna nie leży tylko w nim samym, ale przede wszystkim w ludziach, którzy tę przestrzeń wypełniają. Wyznaję zasadę, że nawet w piekle będzie w porządku, jeśli trafimy tam w dobrej kompanii. Solą danego miejsca są przede wszystkim ludzie, z którymi można porozmawiać, pobyć, których można podpatrywać. Wyjątkiem jest dla mnie Madagaskar, dżungla amazońska, czy niektóre pustynie – są one przejmująco piękne bez ludzi. Zresztą, każdy zakątek prawdziwej, nienaruszonej, pierwotnej natury to miejsca, do których najchętniej wracam.

 

Jest Pan też bardzo lubianym prezenterem pogody, bo jak gdzieś napisano – potrafi Pan zajmująco opowiadać o nadciągającym niżu i zawsze powie coś ciekawego. Czy podróże pomagają w mówieniu o przemieszczających się frontach atmosferycznych?


J. K. – Pewnie, że tak. Przede wszystkim, zanim zacząłem w telewizji opowiadać o pogodzie, to jeździłem po świecie. A zacząłem podróżować, gdy nie było jeszcze Internetu i nie można było sprawdzić, z jaką pogodą się zderzę, kiedy przyjadę w dane miejsce. Oglądałem więc prognozy w różnych stacjach telewizyjnych, np. w BBC czy CNN i wtedy też zobaczyłem, że pogoda musi być przedstawiona w sposób prosty i zrozumiały. Poza tym, w ostatnich latach świat zrobił się strasznie ciasny, bardzo się globalizuje, naszymi sąsiadami zostają ludzie, którzy jeszcze 20 lat temu byli dla nas bardzo egzotyczni. Jeżdżę po świecie po to, aby opisywać jego mieszkańców i pokazywać, że mimo dzielących nas tysięcy kilometrów, mimo wyznawanej innej religii, obyczajów, kuchni, jesteśmy tacy sami. Mamy te same marzenia, miłości, tak samo odczuwamy głód, radość, cierpienie, zagrożenia. Dlatego staram się w prosty sposób opowiadać o pogodzie i o świecie.

 

Rozmawiał Dariusz Mieczysław Mól, fot. z archiwum Jarosława Kreta

You have no rights to post comments