Dzisiaj jest: 20 Styczeń 2018    |    Imieniny obchodzą: Fabian, Sebastian

Zobacz Gatsby'ego za darmo!

Ocena użytkowników:  / 0

wielki gatsby mrozySeanse filmu:

piątek 14 czerwca, godz. 19.00

sobota 15 czerwca, godz. 18.00

niedziela 16 czerwca, godz. 17.00

bilety - 15 zł


Bilety do nabycia przed seansem.

Rezerwacji można dokonać od poniedziałku do piątku w godz. 9.00-17.00, tel. 25 75744 79


WYGRAJ BILETY na film "Wielki Gatsby" w kinie Mikroklimat w Mrozach


1. Wyślij maila na Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

2. W tytule napisz: Gatsby

3. Odpowiedz na pytanie: Kto gra rolę tytułową w tym filmie?

4. Podaj swoje imię, nazwisko i miejscowość.

5. Podaj termin seansu, który Ciebie interesuje w przypadku zdobycia biletu.


Na maile czekamy do wtorku (11.06.2013) do godz. 15.00.

Udział w zabawie oznacza zgodę na publikację nazwiska w rubryce zwycięzców.

Do zdobycia 4 pojedyncze bilety. Obowiązuje zasada: Kto pierwszy, ten lepszy.

Rozmyślania emerytki

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 86 str 17 Strefa seniorów rozmyślania emerytki Życie emeryta jest zagadką, szczególnie po pierwszym miesiącu, kiedy przeszedł na emeryturę. Wciąż jest zdezorientowany, bo nie jest do końca pewien, czy jest na urlopie, czy już przestał pracować na stałe...

 

Emeryt, a właściwie emerytka śpi powyżej normy, bo akurat kocha spanie, a jak śpi, to nie grzeszy i zaprzecza, że człowiek im starszy, tym mniej snu potrzebuje. Emerytka chce zaplanować czas, którego nigdy nie miała, bo przecież była praca, rodzina, dzieci i różne problemy partnerskie. Dla siebie było mało czasu i nie czuło się, jak ten czas szybko mija. A teraz – konsternacja i pytanie, co

dalej? Zdawkowe telefony do dzieci, które nie zawsze odbierają, bo mają wiele własnych obowiązków, są nerwowe, gdyż życie jest nerwowe i mają swoje problemy, którymi nie zawsze chcą się dzielić z mamą.

 

Zastanawiasz się – przecież jesteś sprawna psychicznie i fizycznie, nawet wykonujesz ćwiczenia umysłu i ciała, ale co dalej? – tego jeszcze nie wiesz. Nie wiesz, czy jesteś teraz nareszcie wolna, czy może wpadłaś w pułapkę. Przez 40 ostatnich lat wszystko toczyło się według dobrze znanego schematu, a teraz musisz sama wymyślać sobie zadania na następny dzień. I nie wiesz, co będzie dalej. Przyjaciele z dawnej pracy dzwonią i jest ci miło, że jeszcze pamiętają, a ty czasami zastanawiasz się jaki, sens ma życie... praca... samotność... brak mechanicznego obowiązku... A przecież kiedyś czekałaś na coś więcej...

 

Teraz już wiesz, że nic nie musisz. Teraz możesz robić to, co chcesz. Ale to nie jest prawdą, bo masz ograniczenia – sama się ograniczasz, ograniczają cię finanse i czujesz, że musisz coś z tym zrobić, nie poddać się, odszukać swoją prawdziwą osobowość bez wymuszeń i żyć dalej, może lepiej niż do tej pory. Jesteś szczęśliwa, bo masz dzieci, ukochane wnuki – dwóch nastolatków i jedną pięciolatkę – o ciemnych pięknych oczach, miód na sercu. To największy sukces życiowy – najprawdziwsza prawda. A ty czekasz, nawet nie wiesz do końca na co, bo życie jest zagadką, a nic nie dzieje się przypadkiem. Tak miało być. Ktoś to zaplanował, a my nie mamy na to wpływu, chociaż czasami się obwiniamy za różne niepowodzenia.

 

I czekasz na pierwszą emeryturę. A tu nic. Panie z ZUS mylą konto bankowe i za dwa miesiące nie otrzymujesz świadczenia. Nie pada żadne słowo „przepraszam”. Przecież jesteś ciekawa, jaka będzie twoja dalsza przyszłość – musisz przecież z czegoś żyć. Brak kompetencji w ZUS, trudności techniczne, a emeryt niech czeka, ma przecież czas. Smutna rzeczywistość. CDN...

 

Tekst: Helena (od niedawna na emeryturze)

Wygraj bilety do kina!

Ocena użytkowników:  / 0

 

Ralph DemolkaRalph Demolka" w kinie Mikroklimat w Mrozach

1 czerwca (sobota) godz. 17.30

2 czerwca (niedziela) godz. 15.00

bilety: 11 zł

 

WYGRAJ BILETY na ten film!

 

1. Wyślij maila na Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

2. W tytule wpisz "Ralph Demolka"

3. W treści podaj swoje dane oraz miejscowość i nr tel. kontaktowego

 

Na maile czekamy do piątku (24 maja 2013) do godz. 19.00. Pierwsza i dziesiąta osoba w kolejnosci otrzymają po jednym bilecie na film "Ralph Demolka" w kinie Mikroklimat.

Redakcja odpowie tylko zwycięzcom najpóźniej w piątek 24 maja b.r. do godz. 22.00

Gitara z Browarem

Ocena użytkowników:  / 0

Murillo gitara ogłoszenie

Taki był początek wiosny

Ocena użytkowników:  / 0

Na Wielkanoc poprosiliśmy naszych czytelników, aby przesłali nam zdjęcia z tych nietypowych pierwszych dni tegorocznej wiosny. Na nasz apel odpowiedziało bardzo wielu czytelników. Poniżej publikujemy prace dwóch internautek, które od Strefy Mińsk otrzymają drobne upominki.

 

 

002

 

fot. Martyna Krusiewicz

 

 

10

 

02

 

fot. Hanna Sobczuk

Wypatrujmy pierwiosnków

Ocena użytkowników:  / 1

Nr 79 str 20 Strefa rozrywki prumulki 1 W tym roku zima dała się nam mocno we znaki. Ogromne hałdy śniegu od wielu tygodni przykrywały ziemię. Ale idzie ku lepszemu. A my wypatrujmy pierwiosnków, które ze wszystkich kwiatów najwcześniej pojawiają się na łąkach i zwiastują koniec zimy.

Pierwiosnek, zwany też prymulką jest drobniutkim kwiatem, który na łąkach tworzy kolorowe kobierce. Jego nazwa wywodzi się od łacińskiego słowa primus, to znaczy ,,pierwszy”. I rzeczywiście, pierwiosnki jako pierwsze pojawiają się w ogrodach. Ich wesołe, kolorowe kwiaty dodają nam energii. Dziko rosnące pierwiosnki mają barwę żółtą, ale wiele ich gatunków jest obecnie uprawianych i krzyżowanych w cieplarniach, dzięki czemu osiągnięto kwiaty o różnych kolorach: granatowe, czerwone, fioletowe, białe, różowe.

O zjawisku kłamstwa

Ocena użytkowników:  / 6

Nr 78 str 8 Strefa obyczajów kłamstwo Ryszard Ulman 2 Według wielu opisów kłamstwo jest przekazem informacji niezgodnej z rzeczywistym obrazem (stanem) przedmiotu zjawiska, którego dotyczy. A informacja przekazywana w dowolnej formie i niezgodna ze stanem rzeczywistym zjawisk psychologicznych, społecznych, materialnych czy socjologicznych jest formą manipulacji, mającej na celu osiągnięcie zamierzonych rezultatów.

 

Człowiek jest jedyną istotą, która może kłamać, bo posiada świadomość (wyobraźnię, fantazję, itd.). Świadomość jest stanem i zdolnością do postrzegania samego siebie (zjawisk wewnętrznych), na tle istniejącej rzeczywistości (rozróżniania jej) wraz ze wszystkimi relacjami z tą rzeczywistością. Zwierzęta nie kłamią, ale czasem, w sytuacjach zagrożenia życia, mogą zachowywać się inaczej niż zwykle, np. udawać martwe. Takie zjawiska występują u gadów, ryb, ptaków i ssaków. Ale naukowcy uważają to za zachowawcze postawy, a nie kłamstwo.

 

Człowiek, jako istota obdarzona świadomością i wolną wolą może z różnych powodów uciekać się do fałszowania opisywanych zjawisk lub, mówiąc delikatniej – do fantazjowania. Jednak nadmierne fantazjowanie może zakłócić postrzeganie rzeczywistości i stać się mitomanią, która już prowadzi do patologii. Czasem, w relacjach między osobami, pomiędzy którymi panuje wzajemna akceptacja czy sympatia, drobne kłamstwa nazywane są fantazjowaniem. Lecz, kiedy kłamstwo wykorzystywane jest w sprawach dla nas życiowo ważnych, nasze oceny co do niego są już bardziej radykalne i potępiamy, np. na kłamiącego polityka, adwokata, sędziego, lekarza, współpracownika, konkurenta.

 

Dlaczego kłamiemy?

Aby uzyskać określone rezultaty psychiczne lub fizyczne, zapewniające nam konkretne korzyści. Kłamią często dzieci, kiedy ma to je wybawić z niekomfortowej sytuacji, np. gdy nie nauczyły się na klasówkę i symulują chorobę, aby nie pójść do szkoły i nie pisać sprawdzianu (powiedzenie „paluszek i główka to szkolna wymówka”). Dzieci chcą też kłamstwami wpłynąć na ich lepsze postrzeganie przez kolegów czy rodziców. Kłamać może dziecko, które obawia się bolesnej, fizycznej kary w patologicznych rodzinach. Kłamie młody chłopak, jeśli nie chce przyznać się do zdrady przed swoją dziewczyną. Kłamie sprzedawca, który oferuje wadliwie działający sprzęt techniczny po to tylko, aby się go pozbyć. Okłamujemy naszych partnerów, mężów, żony czy przyjaciół, kiedy łamiemy obietnice lub przyrzeczenia wierności i lojalności, obawiając się awantur, rozstania, czy konfliktu. Okłamują nas politycy, mówiąc nam to, czego oczekujemy, a czego nie maja nawet zamiaru spełnić (tzw. „kiełbasa wyborcza”). W kłamstwach często mówimy to, czego spodziewamy się, że oczekuje od nas druga strona. Okłamujemy też siebie, aby się przed sobą wytłumaczyć.

 

Kłamiemy, kiedy leży to w naszym interesie lub chcemy przedstawić innych w niekorzystnym świetle. Kłamiemy, mówiąc nieprawdę, albo o osobach, albo o ich działalności, chcąc w ten sposób zniszczyć czyjąś inicjatywę, dobrą passę lub pozycje na rynku. Na ogół kłamca sam to czyni i stąd są mu znane zarzucane innym nieuczciwe działania. W naszej codzienności jeszcze nie umiemy przyjmować bez żalu i złości sukcesów innych osób i z przyjemnością, autorytatywnie mówimy o nich nieprawdę, czyli kłamiemy. Gdyby w życiu było tak, jak w bajce o Pinokiu, to wielu naszych znajomych, biznesmenów, konkurentów czy polityków miałoby nosy na pół metra.

 

W latach 60. pojawił się film, którego jedynie zakończenie miało pozytywny akcent. Bohaterowie filmu („O dwóch takich co ukradli księżyc”) Jacek i Placek od kołyski kradli, oszukiwali i okłamywali swoich rodziców i sąsiadów. Kiedy było trzeba, oszukiwali kalectwem, wypychając sobie garb na plecach, kiedy to dawało im korzyść materialną lub moralną. Na koniec chłopcy wrócili do rodziców, przestraszeni konsekwencjami swojego postępowania – tłumaczyli się, że kłamali, aby przetrwać. Ale tak naprawdę – „kłamstwo ma krótkie nogi i daleko na nim nie zajdziemy”.

 

Konsekwencje kłamstwa

Podstawową konsekwencją kłamstwa jest fałszowanie rzeczywistości, co często niesie ze sobą opłakane skutki. Przykładowo: kłamiące dziecko nie informuje o swoich problemach w szkole czy z kolegami – rodzice nie podejmują żadnych działań i z czasem sytuacja nie jest już do uratowania. Szantażowana dziewczynka przez rówieśniczkę z klasy, której ponoć coś zniszczyła, oddaje jej co miesiąc swoje kieszonkowe i kiedy już nie daje sobie rady, podejmuje próbę samobójstwa, bojąc się publicznego osądu przez innych. Przyszła pracownica firmy podczas rozmowy kwalifikacyjnej okłamuje pracodawcę, co do jej kompetencji, co po pewnym czasie skutkuje narażeniem firmy na bardzo duże straty materialne. Okłamywana przez męża żona nie jest świadoma stanu jego zdrowia i kondycji finansowej, podejmuje spory kredyt, i kiedy mężczyzna umiera, jej sytuacja życiowa staje się dramatyczna. Kłamstwo w polityce, jak na razie, jest często codziennością i jego konsekwencje ponoszą osoby podległe, a nie kłamca.

 

A czy może być kłamstwo pozytywne? Dotąd w Polsce uważano, że lekarz nie powinien mówić pacjentowi całej prawdy o stanie zdrowia. Było to „kłamstwo w dobrej sprawie”. Aktualnie, tak jak ma to miejsce w Zachodniej Europie i w USA, pacjenta lub rodzinę powiadamia się o krytycznej sytuacji, gdyż może się to wiązać z podjęciem poważnych decyzji życiowych.

 

Rozpoznawanie kłamstwa

Niestety, w naszym świecie nie mamy do czynienia z Pinokiami, których kłamstwo możemy rozpoznać po wydłużającym się nosie. Nasza rzeczywistość często przypomina uroczą staruszkę, która sprzedaje nam jajka kupione wcześniej od farmera i po małej mistyfikacji (smarowanie kurzymi odchodami) sprzedaje nam, jako „własne, prosto od kurki, która chodzi po podwórku”. Zostaliśmy okłamani, bo poszukiwaliśmy takiego produktu, a kłamca wiedział jak nas zmylić. Udaje się to, bo mamy takie wzorce, że przecież ta miła staruszka nie może kłamać.

 

Paradoksalnie, wspomagamy osoby, które nas profesjonalnie okłamują. Co raz słyszy się o oszustach, którzy wyłudzają od ludzi pieniądze, podając się np. za rodziców chorego dziecka, pracownika jakiejś instytucji, specjalistę w danej dziedzinie i dajemy się „złapać” na ich kłamstwa. Zawodowego oszusta trudno jest rozpoznać i zazwyczaj wpadamy w jego sidła. Ale czasem wystarczy się dobrze przyjrzeć danej osobie, aby rozpoznać, czy kłamie. Zobaczmy, czy patrzy nam prosto w oczy, czy nie pociera nosa lub ucha palcami lewej ręki, czy nadmiernie gestykuluje, czy w czasie mówienia o czymś, lub o kimś patrzy w lewo (związek z półkulą mózgową abstrakcyjnego myślenia – wymyślanie kłamstwa), powtarza za nami nasze słowa. Kłamca bowiem często używa naszych określeń, gdyż są nam bliskie i znane, aby wzbudzić nasze zaufanie.

 

Jest wiele sygnałów, które, kiedy zaufamy naszej intuicji, a nie grze kłamcy, rozpoznamy jako czarowanie. Powinniśmy też zadać sobie pytanie, czy zawsze chcemy znać prawdę. Jeżeli mamy wątpliwości, to może to oznaczać, że jesteśmy podatni na czyjeś kłamstwo. Prawda może być bolesna, w porównaniu do kłamstwa, które bywa wygodne, ale przykre w konsekwencjach. Nie pytaj kłamcy, dlaczego cię okłamuje? Zapytaj siebie, dlaczego zezwalasz mu, by cię okłamywał. Wtedy dostaniesz odpowiedź, co w tobie sprzyja okłamywaniu cię przez innych.

 

inż. Ryszard Ulman

trener psychobioenergetyki, specjalista medycyny holistycznej i terapii manualnej kręgosłupa. Jest współzałożycielem i prezesem Polskiego Stowarzyszenia Bioterapeutów, Uzdrawiaczy i Radiestetów, współzałożycielem Polskiego Cechu Bioenergoterapeutów oraz wielu organizacji zrzeszających polskich uzdrowicieli. Wydał wiele książek dotyczących medycyny energetycznej i wykształcił kilka pokoleń healerów.

CostaNova w podróży - muzyka z duszą

Ocena użytkowników:  / 1

Nr 77 str 10 Strefa muzyki CostaNova glowne Było cymbalistów wielu, ale żaden...” Nie, nie o cymbały tu chodzi, ale ten sławny cytat świetnie oddaje sytuację, w jakiej powstał i zespół CostaNova i płyta „Voyage”. Przedstawiamy w „Strefie” jeden z najciekawszych mińskich zespołów, a właściwie jego członkowie przedstawiają się sami...

Wiele osób i instytucji przymierzało się do nagrania piosenek mojego autorstwa, z których co najmniej kilka zyskiwało sobie sympatię publiczności podczas wielu lat spotkań autorskich, koncertów piosenki francuskiej, audycji radiowych i telewizyjnych. Tylko, że nic z tego nie wyszło, choć najbliżej był Leszek Sokołowski, któremu zawdzięczam nagranie płyty-demo w Międzyrzecu Podlaskim. Zatytułowana „Zapomnieć o Mindelo” przez kilka lat dzielnie służyła mi jako moja muzyczna wizytówka. Była też jedynym moim nagraniem, jakie mogłam podarować Cesárii Évorze w odpowiedzi na jej ciągłe pytanie – „kiedy wreszcie coś

nagrasz?”.

Tym samym pytaniem powitała mnie Małgosia Sulewska po powrocie z Nowego Jorku. Na moje „nie nagram płyty tylko z gitarą”, skrzyknęła trzech facetów 

 

od lat parających się muzyką w Mińsku Mazowieckim i nie tylko, i tak w 2010 roku znaleźliśmy się we czwórkę w ciasnym pomieszczeniu akustyków Miejskiego Domu Kultury: Janek Kaczorek (gitara elektryczna), Stach Krzemiński (perkusja) i Darek Glanas (gitara basowa). Niby znaliśmy się od dawna, czasem razem graliśmy, ale tym razem panowie byli lekko zdezorientowani. Przez lata moje gusta i nawyki muzyczne mocno się zmieniły i nie bardzo wiedzieli, jaką właściwie muzykę mają grać.Nr 77 str 10 Strefa muzyki CostaNova Ela Sieradzińska

Nr 77 str 10 Strefa muzyki CostaNova Padre 


 
Przeniesienie prób do nowego budynku Miejskiej Biblioteki Publicznej przy ul. Piłsudskiego 1a nadało zespołowi nie tylko ostateczny, obecny muzyczny kształt i charakter, ale i nazwę CostaNova, co oznacza „nowy brzeg”. Brzeg był rzeczywiście nowy dla każdego z nas: dla dyrektor MBP Teresy Sęktas-Chanke, bo przyjęła pod swój dach zespół, który w 50% składał się z pracowników biblioteki, dla członków zespołu, z których każdy grał na co dzień zupełnie inną muzykę i dla mnie, gdy przyszło mi zmienić myślenie i nawyki osoby grającej wyłącznie z własnym, gitarowym akompaniamentem. Jest to także „nowy brzeg” w mińskim, dość bogatym muzycznym krajobrazie. Ostatecznie ustalił się także skład CostaNovy. Na basie gra obecnie Jurek Gryz, a nasze, i głównie moje kabowerdyjsko-brazylijskie muzyczne pasje realizuje Padre Almeida, czyli... hmm, no właśnie, kto?

Osobą, która uparła się utrwalić naszą muzykę na płycie CD była Barbara Dzienio i Mińskie Towarzystwo Muzyczne. I tak powstała płyta „Voyage” – złożona 

Nr 77 str 10 Strefa muzyki CostaNova Janek Kaczorek

wyłącznie z autorskich piosenek, inspirowanych moimi podróżami z Cesárią Évorą, a także wcześniejszych, okraszona klimatyczną okładką projektu Joanny Wilczak, nagrana w StudioTomka Hryciuka (dzięki za cierpliwość dla moich nieposłusznych gitar!).

 

Płyta jest podróżą nie tylko przez wszystkie lata mojego muzykowania, przez miasta i kraje, do których zajrzałam, ale i podróżą „w głąb siebie”, naszą, ale może i naszych słuchaczy? Może znajdą w niej coś dla siebie? Może, bo nadal trudno nam określić, jaką muzykę gramy. To po prostu ciągła podróż...

 

Tekst Elżbieta Sieradzińska, fot. DM

 

Płyta i koncert CostaNova

Płytę zespołu CostaNova będzie można kupić podczas koncertu zespołu, który odbędzie w niedzielę, 21 kwietnia o godz. 19 w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Mińsku. Żeby stać się posiadaczem „Voyage”, wystarczy przed koncertem wykupić za 10 zł cegiełkę muzyczną, przeznaczoną na organizację koncertu zespołu muzycznego „ALLEGRO”, uczestników Warsztatów Terapii Zajęciowej CARITAS Diecezji warszawsko-praskiej w Mińsku. Utworów zamieszczonych na albumie „Voyage” można posłuchać na stronie internetowej: www.costanova.net

 

Może na podlewce + zdjęcia członków zespołu

 

Akta osobowe CostaNova:

 

Ela Sieradzińska

romanistka z zamiłowania i wykształcenia, muzyk z serca i duszy. Na pewnym życiowym zakręcie spotkała muzykę Cesárii Évory i Cabo Verde. Dla nich zdradziła Prowansję, góry i kultury prekolumbijskie. Podzieliła swój świat na Wyspy Zielonego Przylądka i resztę, a czas na dni, gdy rusza na spotkanie z nimi i na miesiące, kiedy je planuje.

 

Jan Kaczorek

Stanisław Krzemiński

Od pisania o sobie obaj się wymigali i zrzucili ten „obowiązek” na mnie! Stach (perkusja) zrzucił pisanie na Janka, a Janek (gitara elektryczna) na mnie. Z Jankiem i Stachem znamy się najdłużej, razem pofrunęliśmy ileś tam lat temu do Paryża i zagraliśmy na naprawdę dużej scenie, a co 

Nr 77 str 10 Strefa muzyki CostaNova Stach Krzemiński

ciekawe, po pierwszym występie poproszono nas o następny, co nie było przewidziane. Jedynym minusem było to, że Janek grał na... klawiszach i nie mógł pokazać, co potrafi. A gitarzysta z niego rasowy. Dlatego bardzo mnie cieszą te wszystkie komplementy, które słyszy od ludzi po naszych występach. Jest za co: gra dyskretnie, z wyczuciem, inteligentnie. Jak w górach, wie, kiedy iść „na pierwszego”, ostro, a kiedy zagrać tylko jeden dźwięk. Ten właściwy. Bez jego wstępów i riffów już nie wyobrażam sobie moich piosenek. Stach? Czasem trudno mi uwierzyć, że na co dzień gra country. Moje piosenki są trochę pokręcone, i rytmicznie, i stylistycznie. Czasem nie wiadomo, czy to poezja śpiewana, czy ballada, czy inna wydra. A „Proszek” zawsze się w tym odnajduje, jest osłuchany w różnych gatunkach. Na próbach nieraz podsuwa różne pomysły aranżacyjne. Ale ma jedną wadę. Czasem znienacka stroi różne miny i mnie rozśmiesza. Dobrze, że na koncercie siedzi za mną, bo wtedy byłoby krucho:)

Tekst: Ela Sieradzińska

 

Jerzy Gryz

Dobrze być basistą. Szczególnie gdy nie ograniczasz się tylko do jednego gatunku muzyki, a sprawnie poruszasz się po różnych stylach. Wtedy właśnie pojawiają się propozycje od różnych ciekawych zespołów i tym razem było podobnie. Po pierwszej próbie z CostaNova wiedziałem już, że mam do czynienia z muzyką ciekawą i dojrzałą, muzyką o silnych latynoskich wpływach i naładowaną pozytywnymi emocjami. Tylko grać! No to gram:)

 

Padre Almeida

„Piąte koło u wozu” CostaNova – pełnię rolę rytmicznego asystenta perkusisty. Jestem najmłodszym stażem rezydentem Nowego Wybrzeża. Przydryfowałem doń szczęśliwym zbiegiem okoliczności po długich poszukiwaniach ziemi obiecanej. Oprócz rutynowego wylegiwania się pod palmą, przyprawiam muzyczną twórczość Eli Sieradzińskiej szczyptą brazylijskiej energii, latynoskiej pasji oraz południowej spontaniczności.

Straciłam dziecko

Ocena użytkowników:  / 0

straciłam dziecko Gdy ciężkie doświadczenia rzucają nas na kolana, staramy się pomału podnieść i iść do przodu, tłumacząc przeciwności losu niefortunnym zbiegiem okoliczności, pechem, błędem lub pomyłką. Jak jednak wytłumaczyć śmierć dziecka? Co powiedzieć matce, która stanęła w obliczu niewyobrażalnej tragedii? Czy istnieją na świecie jakiekolwiek słowa otuchy i pocieszenia? Czy jest to w ogóle możliwe? Mińszczanie: Martyna oraz Beata i Paweł* zgodzili się opowiedzieć w „Strefie” o swoich przeżyciach związanych z utratą dziecka...

 

Już sama myśl o śmierci dziecka paraliżują ciało i umysł przerażonej matki i zatroskanego ojca. Martyna dobrze o tym wie – kilka lat temu straciła półrocznego synka. Diagnoza lekarska brzmiała – nagła śmierć łóżeczkowa.

 

Dlaczego chcesz o tym rozmawiać? Po co wracać do koszmarów z przed lat? Jesteś na to gotowa?

 

Martyna – Takich ran czas nie leczy, sprawia tylko, że ból jest mniej intensywny, wspomnienia bardziej zamglone, a z biegiem lat przybywa spostrzeżeń i wniosków. W moim życiu przyszedł taki moment, w którym chciałam coś zmienić, wyjaśnić i zwrócić uwagę ludzi na rzeczy, o których się nie mówi głośno, najwyżej tylko szepcze.

 

Śmierć dziecka, to nie jest temat do luźnych rozmów. Sama stanęłam przed dylematem, jak formułować pytania, aby nie sprawiać ci bólu.

 

Martyna – Właśnie o tym mówię. Ludzie nie wiedzą, co robić i co mówić w mojej obecności. Unikają mnie i tego co przeżyłam tylko dlatego, że nie potrafią się odpowiednio zachować. I nie wynika to ze złych intencji, ale ze zwykłej niewiedzy i zakłopotania. Patrzą na mnie tylko przez moment i wtedy, gdy mam wzrok skierowany w innym kierunku. Bezpośrednie spojrzenie w oczy, kończy się przeważnie zawstydzeniem lub współczuciem, czasami nawet łzami, a przecież nie o to chodzi.

 

Co chcesz im przekazać?

 

Martyna – Byłam zwykłą, młodą mamą. U boku męża cieszyłam się ze szczęścia, jakie przynosi narodzenie dziecka i radość tworzenia rodziny. Wszystko było cudowne do dnia, gdy zamiast porannego płaczu niemowlaka, obudziła mnie przerażająca, głucha cisza. Nie wiem, co działo się potem. Pamiętam tylko kilka chaotycznych obrazów – zapłakaną twarz męża, przyjazd pogotowia, wielu obcych ludzi w naszym domu i siebie pośród tego całego zgiełku. Siedziałam na kanapie ściskając w ramionach mojego synka, ogrzewałam jego malutkie zimne ciałko i czekałam aż zacznie znowu płakać. Długo nie pozwalałam odebrać sobie Jasia. Aż do chwili, gdy mąż kazał mi na niego spojrzeć. Patrzyłam na zsiniałą maleńką twarzyczkę i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że moje słoneczko nie żyje. W jednej chwili zmieniło się całe moje dotychczasowe życie, a to co było najważniejsze, w mgnieniu oka przestało istnieć.

 

Nie wyobrażam sobie bólu, jaki wtedy czułaś, i szczerze mówiąc, siedzę obok ciebie bezradna i zakłopotana, bo nie wiem jakich reakcji oczekujesz ode mnie i od otoczenia?

 

Martyna – Nie oczekuję współczucia czy łez. Przeżyłam najgorszy z możliwych koszmarów i opowiadam o nim nie po to, aby się nade mną użalać, ale po to, by uświadomić ludziom,że są momenty, gdy nikt nie jest w stanie pomóc. Chciałam być sama i w samotności zmierzyć się z losem. Nie chciałam być w centrum uwagi, patrzeć na smutne twarze bliskich, być przytulana i głaskana. Mówiłam o tym wyraźnie, ale i tak nikt mnie nie słuchał, wszyscy wiedzieli lepiej ode mnie, czego mi potrzeba. Każdy przeżywa stratę w trochę inny sposób i potrzebuje innych bodźców na różnych etapach żałoby. Chciałam tylko, aby uszanowano mój wybór.

 

Nie możesz się dziwić, że najbliżsi chcieli się o ciebie troszczyć.

 

Martyna – Oczywiście, że to rozumiem i wiem, że mieli szczere intencje, ale często kierowali się własnymi przypuszczeniami i tym, co sami uważali za słuszne. Wszyscy chcieli pomagać, wyobrażając sobie siebie w mojej skórze, w mojej sytuacji, w mojej głowie, ale to jest niemożliwe, zupełnie nierealne. Nie chciałam, by czuli to, co ja lub próbowali mnie zrozumieć, bo ja sama nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. I długo nie potrafiłam nazwać uczuć, które we mnie tkwiły.

 

Które z tych uczuć, było najtrudniej nazwać?

 

Martyna – Pustka , żal, gniew i złość, bo bardzo długo nie zdawałam sobie sprawy, że ból przerodził się w gniew, tęsknota w pustkę, a bezradność w złość. Było we mnie wiele przeciwnych emocji i odczuć, którym towarzyszyły obawy i lęki trudne do zdefiniowania. Trwało to wiele miesięcy i uświadomiła mi to dopiero po latach pewna miła pani psycholog.

 

Korzystałaś z pomocy specjalistów?

 

Martyna – Tak, ale dopiero wtedy, gdy sama do tego dojrzałam. Wcześniej wystarczyło mi siedzenie w pokoju dziecinnym i patrzenie na puste łóżeczko. Gdy każdy myślał, że to coś złego, dla mnie była to swoista terapia. Przypominałam sobie najdrobniejsze szczegóły z sześciomiesięcznego życia Jasia: co i kiedy zrobił, jak się uśmiechał, czego zdążył się nauczyć, a czego nigdy już nie poznał. To był mój własny sposób na przetrwanie, choć nie dla wszystkich zrozumiały.

 

W jakich sytuacjach najmocniej odczułaś ludzki brak asertywności?

 

Martyna – Niestety, było ich sporo. Już na samym początku słyszałam idiotyczne zdania typu – „lepiej, że zmarł teraz, niż gdyby był starszy”, „ trzeba szybko postarać się o drugie dziecko, bo to najlepsze lekarstwo”. Na pogrzebie, który miał być pożegnaniem dla najbliższych, w tłumie gapiów szeptano: „czy zdążyli biedaczysko ochrzcić”, „a ta choroba, to dziedziczna?”, „a może matka była pijana?” i wiele innych beznadziejnych insynuacji.

 

A jak sobie poradzili w takiej sytuacji twoi najbliżsi?

 

Martyna – Mąż zawsze był przy mnie i jako jedyny pozwolił mi na podejmowanie własnych decyzji. Dał mi tyle czasu, ile go potrzebowałam, bez nacisku i presji. Z rodzicami nie było już tak prosto. Oczekiwali, że będę w stanie zamknąć pewien etap i otworzyć kolejny, bez wspomnień i niewygodnych rozmów. Stąd ciągłe próby na pozbycie się z domu rzeczy Jasia, wyniesienie łóżeczka, pochowanie zdjęć i nie wracania do przeszłości.

 

Ale zdjęcia na ścianie wciąż wiszą?

 

Martyna – Wiszą i jest ich dużo więcej niż przed laty. Teraz Jaś ma towarzystwo Amelki, swojej młodszej siostry, która przyszła na świat trzy lata temu. Amelka śpi w tym samym łóżku co Jaś , bawi się jego zabawkami i wie, że ma braciszka, który jest w niebie.

 

Ułożyłaś sobie ponownie życie i wyglądasz na szczęśliwą i spełnioną kobietę.

 

Martyna – Nigdy nie chciałam zapominać o tym, co przeżyłam. Walczyłam tylko z bólem i bezradnością. Szukałam odpowiedzi na pytanie – „dlaczego?”, a ona nie istnieje. Nie można od razu pogodzić się z faktem, że zdrowe dziecko umiera. I nigdy się z tym nie pogodzę. Ale teraz już wiem, że nagła śmierć łóżeczkowa istnieje i nie ma na nią lekarstwa. Nie wiem, czy mogłam coś zrobić, aby nie doszło do tej tragedii, lecz zadręczanie się pytaniami bez odpowiedzi nie ma sensu. Ma natomiast go pielęgnowanie wspomnień i pamięci o najbliższych, rozmawianie o nich z podniesioną głową i uśmiechem na ustach. Przecież wciąż dają nam tyle szczęścia.

 

Wysłuchała: Izabella Walewska-Ogrodnik

 

Ramka na podlewce:

SIDS (nagła śmierć łóżeczkowa niemowląt, z ang. Sudden Infant Death Syndrome)

to zdefiniowany, jako nagły i niespodziewany zgon dziecka w pierwszym roku życia, który pozostaje niewyjaśniony pełnym badaniem sekcyjnym ani dokładną analizą miejsca i czynników towarzyszących śmierci. SIDS nie jest chorobą, ale rezultatem czynników, które w konsekwencji prowadzą do śmierci w czasie snu. W 1989 roku Narodowy Instytut Zdrowia USA przedstawił nową, bardziej uszczegółowioną definicję, według której SIDS jest to nagła śmierć dziecka w wieku poniżej 1 roku życia, lecz powyżej 4 tygodnia, której przyczyny nie wyjaśnia: badanie autopsyjne, badanie miejsca śmierci, ani analiza wywiadu klinicznego.

 

Straciliśmy dziecko

 

Relacja Beaty

Beata wkrótce po ślubie zaszła w ciążę. „Miałam zostać mamą. Już nią byłam, tylko moje dziecko było jeszcze takie maleńkie. Zastanawiałam się, czy to jest chłopiec, czy dziewczynka, jaki będzie miało kolor oczu, włosów... Z części mnie i mojego męża, powstał nowy człowiek, którego bicie serca już słyszałam i widziałam tę małą kropkę na monitorze...

 

Nadszedł dzień kolejnej wizyty u ginekologa. Pamiętam jakby to było dziś – ale podczas badania lekarz reagował inaczej niż zwykle, był milczący i nie uśmiechał się do mnie. Zastanawiałam się co to może znaczyć...

 

Szpital... Do tej pory pamiętam obraz z ekranu – widzę moje dziecko, które się nie rusza. I tę przerażającą ciszę, bo jego serce nie biło... Gdy wyszłam z gabinetu miałam kamienną twarz, ale łzy same cisnęły się do oczu. Wtulałam się w Pawła i pytałam: „co teraz?” Mąż był przerażony, ale starał się zachować twarz...

 

Na sali i na korytarzu byłam z kobietami w ciąży. Widziałam ich brzuszki i szczęście na twarzach. Płakałam i tuliłam mój brzuch, gdzie jeszcze było we mnie moje małe dziecko. Czekałam sama wśród przyszłych matek na to, co nieuchronne. Mówiłam do mojego maluszka, że bardzo go kocham... żegnałam się z nim i prosiłam Boga o opiekę nad nim. Tuż przed zabiegiem poszłam do toalety i tam... Nikt mi wcześniej nie powiedział, żebym uważała. Być może wśród tej krwi było moje dziecko... Do dziś nie mam pewności, ale w badaniu histopatologicznym nie znaleziono komórek płodowych.

 

Przed wyjściem ze szpitala dostałam ulotkę na temat, gdzie szukać pomocy po stracie dziecka. Nie skorzystałam. Być może to był błąd i tak długo dochodziłam do równowagi psychicznej. Przez pewien czas nie chciałam widzieć nikogo poza moim mężem, żadnych odwiedzin, spotkań. Potrzebowałam czasu.

 

Czułam w sobie fizyczną pustkę, jakby brakowało części mnie. Każdy dotyk Pawła kojarzył mi się z dzieckiem, którego już we mnie nie było. Temat seksu przestał istnieć na pewien czas. Dużo rozmawialiśmy z Pawłem o dziecku, o nas, często razem płakaliśmy.

 

Jak na ironię, wkrótce w moim otoczeniu zaczęły pojawiać się kobiety w ciąży. Wydawało mi się, że wszystkie one zostają matkami, tylko nie ja. Można powiedzieć, że ich nienawidziłam. Wiem, że to nie logiczne, ale tak się wtedy czułam. Najpierw moja przyjaciółka Maria. Ona jako jedyna potrafiła mi to powiedzieć tak delikatnie, jak to tylko możliwe. To była dobra wiadomość, ale nie potrafiłam skakać z radości, tylko płakałam z tęsknoty za moim dzieckiem. Ilekroć się spotkamy to mam świadomość tego, że jej najmłodsza córeczka jest dokładnie w wieku mojego aniołka. W listopadzie dowiedziałam się, że kuzynka męża Małgorzata jest w ciąży. Byłam zła, nie potrafiłam się cieszyć. Nie mogłam uciec od widoku brzucha kuzynki. Bolała mnie dusza i ciało... Sporo czasu upłynęło, zanim potrafiłam szczerze cieszyć się ze szczęścia innych mam. Momenty kryzysowe wracały, ale coraz rzadziej.

 

Przykre było to, że niektórzy nie chcieli poruszać tego tematu, nie chcieli o nim mówić, tak jakby go nie było. Nie mówili nic o dziecku, które przecież istniało... Nie mogłam milczeć, bo byłoby tak, jakbym chciała się go wyrzec. To, że płakałam, jak mówiłam o nim lub rozmawiałam, nie znaczyło, że ktoś mi sprawiał przykrość. Po prostu tęskniłam za swoim dzieckiem.

 

Nie mam aktu zgonu, nie mam grobu maleństwa, nie mam jego zdjęcia. Pozostała mi jedynie karta ciąży i zdjęcie testu ciążowego. Na naszym cmentarzu nie ma symbolicznego grobu dzieci nienarodzonych, więc na Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny zapalamy białe znicze na grobach rodzinnych, gdzie leżą zmarłe maluszki. Rozmyślałam o tym, od kiedy człowiek ma duszę... bliski ksiądz pocieszył, że według nauki Kościoła dziecko ma duszę od poczęcia, i że dusza nienarodzonego dziecka idzie od razu do nieba. Czasem przy modlitwie proszę moje maleństwo o wstawiennictwo u Boga.

 

Ze staraniem się o kolejnego maluszka nie było łatwo. Ponownie zaszłam w ciążę w okresie, kiedy już potrafiłam cieszyć się z innych dzieci. Przed każdą wizytą u lekarza skakało mi ciśnienie, bo obawiałam się tego, co od niego usłyszę. Po 2 latach od utraty pierwszego dziecka, na świat przyszła Anielka. Wierzę, że nasza rodzina ma w niebie Aniołka, który wstawia się za nami. Wierzę że kiedyś się razem spotkamy i będę mogła go przytulić. Gdy ktoś się pyta o kolejne dziecko, rodzeństwo dla Anielki, odpowiadam, że mamy już dwoje dzieci, tylko że pierwsze jest w niebie. Kiedyś nasza córeczka dowie się, że ma brata albo siostrę. A jeśli będzie nam dane po raz kolejny zostać rodzicami, będziemy bardzo szczęśliwi.

 

Nauczyłam się żyć normalnie. Teraz wiem, że jest wiele kobiet, które straciły dzieci. Co mogę poradzić innym w podobnej sytuacji? Aby nie dawały sobie wmówić, że to nie było dziecko. Każda z nas potrzebuje swojego czasu na przeżycie tego, co się stało i nikt nie ma prawa nam niczego narzucać. Bo my, mamy Aniołków straciłyśmy dzieci i mamy prawo do żałoby. Wybaczcie, jeśli kogoś przy okazji zranimy. Przychodzi czas na nauczenie się życia w nowej rzeczywistości, ale matka nigdy nie zapomni o swoim dziecku. Bliscy, przyjaciele, znajomi nie unikajcie rozmów o dziecku, wiele z nas chce rozmawiać o nim, bo przecież ono istniało.

 

Relacja Pawła

Kiedy Paweł dowiedział się, że Beata jest w ciąży poczuł nieziemskie szczęście. Nawet w pracy, w każdej wolnej chwili, która w korporacyjnym kieracie jest rzadkością, jego myśli biegły do domu, do Nich. Ale pewnego dnia odebrał telefon od żony. Automatycznie uśmiech pojawił się na jego twarzy – „co nowego Kochanie?” – zapytał.

 

Beata niepokojąco bezbarwnie powiedziała, żebym szybko wracał do domu, bo trzeba jechać do szpitala. „Będzie dobrze?” Oczywiście, że będzie – nie zostawiałem miejsca na najmniejszą wątpliwość. Beata wyszła z gabinetu. Jej twarz nie wyrażała absolutnie niczego. Byłem przerażony. Przytuliłem oba moje Skarby, choć ziemski los jednego z nich był już jest przesądzony...

 

Nie pamiętam, co się działo przez następne godziny. Siedziałem w domu i zastanawiałem się: „Co teraz robić? A co jutro?” Następnego dnia zadzwonił budzik – miałem wszystko gdzieś. Beata słała ze szpitala smsy pełne smutku. Nie potrafiłem sklecić odpowiedzi. Zwolniłem się z pracy i

dotarłem do szpitala. Żona już dostała pigułkę. Chwilę później poszła do toalety, a potem na salę zabiegową. Gdzie się błąkałem, gdy Beata zadzwoniła? Nawet nie pamiętam. Powiedziała, że już po wszystkim i że będzie teraz spać.

 

Wróciliśmy do domu, najprzyjaźniejszego ze znanych miejsc, ale już nie tego samego. Jakakolwiek bliskość powodowała, że łzy leciały nam strumieniami. Ale potrzebowaliśmy siebie bardziej niż kiedykolwiek.

 

Powrót do względnej równowagi trwał bardzo długo. Mieliśmy dla siebie ogrom zrozumienia i cierpliwości, ale czasami było to za mało. Nie byłem w stanie zrozumieć, jak Beata mogła mieć do mnie pretensje, że widziałem kuzynkę, która za kilka tygodni miała urodzić. Ani się nią nie zachwycałem, ani nie potrafiłem cieszyć się jej szczęściem. Inna rzecz, że „urodzaj” na dzieci wśród przyjaciół i znajomych mnie również nie uspokajał. W końcu, po ponad roku dowiedzieliśmy się, że Beata jest w ciąży. Nosiła w łonie maleństwo, a ja drżałem z byle powodu i miałem nadzieję, że nie było tego widać.

 

Anielka, nasza iskierka, urodziła się dwa lata po największym dramacie, jaki nas spotkał. Teraz już wiem, że ten bezgraniczny smutek po utracie dziecka, to tęsknota do tego, czego do tej pory nie znałem: przytulania własnego maleństwa, kołysania go do snu, zadziwiająco mocnego chwytu drobnych rączek na moich palcach i śmiechu, gdy dotyka przedwczoraj ogolonej twarzy. Zrozumiałem, że to, czym obdzielałbym dwoje dzieci, teraz w całości przypadło Anielce. Jednocześnie wiem, że jeśli Bóg da i będziemy mieć więcej dzieci, to każde z osobna nie będzie mnie miało mniej niż ma teraz córeczka.

 

Nie wiem, co najlepiej pomaga mężczyźnie po takiej stracie. W moim przypadku nieoceniona okazała się bliskość żony i dziesiątki godzin rozmów. Również wiele pomógł mi mój przyjaciel, człowiek niezwykle serdeczny i potrafiący słuchać, co, kuriozalnie, jest tym bardziej ważne, gdyż niewiele mówiłem.

 

* imiona zostały zmienione

Kobieta....

Ocena użytkowników:  / 0

Nr 74 str 11 Strefa obyczajów kobieta Według statystyk kobieta jest bardziej odporna na ból, bardziej odporna na przeciwności losu, jest silniejsza psychicznie. Dlaczego więc mówi się: kobieto, puchu marny? Zwłaszcza, że to ona codziennie pracuje na kilku etatach. Z okazji Święta Kobiet przyglądamy się kobietom...

 

Kobieta dyskryminowana – w pracy, poprzez niższe zarobki, pomimo wykonywania nieraz bardziej odpowiedzialnych zajęć niż jej koledzy – średnio zarabia dużo mniej niż mężczyźni, rzadziej awansuje, a jeśli już – to wyższe stanowisko nie zawsze idzie w parze z większą pensją. Dlaczego? – „A bo facet, to zawsze facet” – wyjaśnia właściciel jednej z mińskich firm. – „Z facetem jakoś idzie się dogadać, nie czepia się. A kobieta zawsze wchodzi w szczegóły”. – „Nie wyobrażam sobie, aby kobieta była na stanowisku kierowniczym. Na pewno nie chciałbym być podległym kobiecie. Ale co innego w domu” – dodaje z uśmiechem Maciej, zarządzający firmą transportową.

 

Kobieta szyja. Mężczyzna jest głową rodziny. Ale to szyja kręci głową. Tak jest w większości przypadków, jednak, oficjalnie, to facet podejmuje decyzje, to on rządzi, to on ustala, który kanał telewizyjny oglądają domownicy. – „Do dziś mój mąż jest przekonany, że wszelkie decyzje są jego zasługą. Nie ważne, że to mój był pomysł, koncepcja, z którą nie chciał się zgodzić, bo to złe rozwiązanie. Po kilku dniach z triumfem obwieszczał „swój” pomysł. I mówił dokładnie to, co proponowałam wcześniej. Tacy już są faceci – to ich pomysły są najlepsze, ich rozwiązania najbardziej praktyczne, ich decyzje bezdyskusyjne” – wylicza Kaśka.

 

Kobieta żyjąca w cieniu mężczyzny? To faceci maja władzę, a kobieta jest jako ta służebnica. To, że pracuje na wiele etatów, wiadomo nie od dziś. Praca zawodowa, w międzyczasie urodzenie dzieci, gotowanie, pranie, sprzątanie, pomoc w lekcjach, wymyślanie obiadów. Ileż kobiet zastanawia się – „Co dziś zrobić na obiad”? Najlepiej coś na szybko i dużo, aby starczyło na następny dzień. Z takim pytaniem nie może się ona zwrócić do mężczyzny, bo zazwyczaj pada odpowiedź – „Kochanie, wszystko jedno co zrobisz”.

 

Kobieta umęczona – codzienną pracą, obowiązkami, a gdy po całym dniu kładzie się do łóżka, marzy już tylko o tym, żeby zasnąć, ale jeszcze nim wpadnie w ramiona Morfeusza organizuje kolejny dzień. A tu mąż obejmuje ją cieplutko i wcale nie myśli o spaniu.

 

Kobieta bezrobotna. Mężczyzna szybciej znajdzie pracę, o ile tylko chce. Nie jest, w oczach pracodawcy, obarczony możliwością zwolnień lekarskich „na dziecko” ani tym, że za chwilę zajdzie w ciąże i trzeba będzie znów myśleć o zatrudnieniu kogoś na zastępstwo. Kobiecie trudniej znaleźć pracę, szczególnie po przekroczeniu magicznego wieku. I nie ważne, czy ma doświadczenie, wykształcenie, staż. Jest za stara. Facet po 50-tce, w oczach pracodawcy, jest w sile wieku, posiada wiedzę fachową, może być mentorem, itd.

 

Kobieta samotna. To facet częściej wyskakuje na piwo, bo chce odstresować tydzień harówki. Kobiecie zostaje telefon do koleżanki, z którą widuje się od święta. A jak już się zdarzy, że jakoś przypadkiem spotkają się mieście i pójdą na kawę, to z siedzi z „zegarkiem w ręku”, bo przecież trzeba jeszcze odgrzać obiad, zrobić pranie, przygotować jedzenie psu, sprzątnąć kuwetę kotu...

 

Kobieta wykształcona. I tak zawsze będzie głupsza od mężczyzny. Anka mówi: „Studiowałam zarządzanie produkcją. Jednak dla większości profesorów to moi koledzy byli mądrzejsi, bo po co baba pcha się na typowo męski kierunek? I pomimo dobrze napisanego kolokwium, to koledzy, którym pomogłam na egzaminie otrzymywali wyższą punktację. Na obronie mój promotor powiedział otwarcie – powodzenia w pracy zawodowej, bo nie sądzę, by udało się pani wdrożyć proponowane działania, jako kobiecie”.

 

Kobieta myśląca. Przeważnie to na jej głowie jest uiszczenie opłat w terminie i takie gospodarowanie domowym budżetem, aby starczyło do kolejnej wypłaty. Co z tego, w połowie miesiąca i tak usłyszy: – „To już nie masz pieniędzy! To na co tyle wydałaś?” A opłaty, bieżące zakupy, kupno skarpet i majtek, proszku do prania... „Mój mąż często robi zakupy. Nigdy nie zdarzy się tak, aby kupił wszystko to, o co go proszę. Zresztą, nie lubię tych jego zakupów – nie patrzy na ceny, datę przydatności do spożycia. Zawsze powtarza, ze za 10 groszy nie będzie szedł do innego sklepu, bo niby taniej. Tak, ale tych 10 groszy nazbiera się trochę na kolejnych produktach” – mówi Magda.

 

Kobieta cybernetyczna. Żaden mężczyzna jej nie dorówna w wykonywaniu jednocześnie wielu czynności: pralka nastawiona, obiad już się gotuje, podlewanie kwiatów i jeszcze tylko lustro w łazience trzeba przetrzeć. Podczas smażenia kotletów przeczyta Wyborczą, a oglądając telewizję, może jednocześnie robić szalik na drutach. To domena kobiet. Inaczej się nie da. Oczywiście, można dokonać podziału obowiązków. Pewnie, że można. Tylko po co robić to samo dwa razy?

 

Kobiety... Jakże dziwny byłby bez nich świat. Nawet zatwardziały kawaler nie zawsze w głębi duszy jest szczęśliwy. I chociaż głośno żaden do tego się nie przyzna – życie bez kobiet byłoby puste, bo to kobieta nadaje życiu rytm...

 

Tekst Anna Kowalczyk

Goya zagrała w Mjuziku

Ocena użytkowników:  / 0

g1Nowi właściciele zafundowali Mjuzikowi lifting, po którym zniknęły ciężkie drewniane ławy, ściany nabrały klimatycznych kolorów, a imprezowicze zasiąść mogą w wygodnych sofach. Miniona sobota była znakomitą okazją do przetestowania nowej przestrzeni. Mjuzik Pub gościł zespół Goya rozpoznawalny głównie dzięki charakterystycznemu głosowi wokalistki. Magda Wójcik zaśpiewała większość ze znanych nam piosenek, jak na przykład „Brak słów", „W zasięgu twego wzroku", czy „Tylko mnie kochaj", który to utwór promował kinowy hit z 2006 roku o tym samym tytule. Magda nie raz podkreślała romantyczny charakter tekstów. Nie wstydzi się śpiewać o miłości i robi to znakomicie. Wysokie tony jej głosu momentami przyprawiały o dreszcze. - Jakbym słuchała Within Temptation – powiedziała po koncercie jedna z mińszczanek. Pomimo ambitnej twórczości Goyi, jest ona przystępna dla każdego odbiorcy. Lekka, nastrojowa z historiami o dojrzałej miłości. Dlaczego zatem mińska publiczność nie wypełniła po brzegi sali? To zjawisko komentuje się już od dłuższego czasu w kontekście imprez w naszym mieście. Skoro sam Zbigniew Wodecki potrafił zwrócić przerzedzonej publice pod MDK uwagę na temat entuzjazmu, to co dopiero mniejsze koncerty? Kameralna atmosfera jest na wagę złota, ilość miejsc w lokalu ograniczona, a koncerty gwiazd to dość spore koszta. Cena biletu to nie fortuna, a wrażenia niezapomniane. Właściciele Mjuzik Pubu już zapowiadają kolejne gwiazdy, których jeszcze nie zdradzają, dajmy się zaskoczyć. Jak zwykle w „Strefie Mińsk" będziemy mieli konkursy z biletami do wygrania. Zaglądajcie też na nasz profil na www.facbook.pl/StrefaMinsk.


g2


g3



fot. Mjuzik Pub